Pierwszy października oznaczał nic innego, jak tylko
kolejny rok harówy w szkole. Tym razem narzekałem jednak trochę mniej, bo
szkoła była nowa, nauczyciele i znajomi też byli nowi, wszystko w sumie było
nowe, więc teoretycznie na początku będzie co odkrywać. Mógłbym powiedzieć, że
dzień ten miał być początkiem wielkiego dla mnie rozstrzygnięcia, tego, czy z
przejściem do kolejnego etapu edukacji, ludzie dorastają, czy w dalszym ciągu
zachowują się jak dzieci, którym przy porodzie lekarz za mocno za głowę
pociągnął. No i oczywiście, pytaniem było, czy znajdę tam sobie znajomych, o w
miarę podobnym poziomie intelektualnym, bo nie oszukujmy się, geniuszy jest
niewielu.
Z
wakacyjnych przyzwyczajeń tego dnia musiałem zrezygnować. Krzykliwy głos z
telefonu obudził mnie i wkurwił jednocześnie. Kimkolwiek był facet, śpiewający
tą piosenkę, życzyłem mu śmierci, bo była siódma.
Wstałem
zatem. W domu znów nikogo nie było. Czwartek. Podszedłem do lustra i ponownie
ujrzałem tą jakże zajebiście przystojną twarz, zaspane oczy i rozczochrane
czarne włosy, które rano żyły własnym życiem, wprowadzając własne prawa, poza
którymi byłem ja. Jednak mimo wszystko, umyć to ja się dzisiaj musiałem.
Jak
postanowiłem, tak też zrobiłem. Nie minęło pół godziny, kiedy zdążyłem doprowadzić
się do porządku. Ubrany w białą koszulę, krawat, czarną kamizelkę bez rękawów i
równie czarne spodnie, spojrzałem na zegarek, wskazujący godzinę siódmą
trzydzieści. Tramwaj miałem za piętnaście minut, a cała uroczystość zaczynała
się o ósmej rano.
*
Budynek
Destin Pitorie był ogromny. Wysoki, podłużny, z prawej strony nieco
zaokrąglony, w sposób jakby ktoś złapał za prawy bok i najnormalniej wywinął go
do tyłu, z dużą ilością okien oraz szklaną kopułą na dachu. Zaraz naprzeciw
mnie znajdowały się dwa razy wyższe ode mnie, wyglądające na solidne, wrota do
szkoły, nad którymi widniał tylko nieco mniejszy napis „Destin Pitorie”.
Chwilę
się zastanowiwszy, wszedłem do budynku. Drzwi, wyglądające na ciężkie,
rzeczywiście takie były. W środku aż roiło się od uczniów chodzących w tę i z
powrotem. Nieco zdezorientowany stanąłem na środku korytarza i zastanawiałem
się, gdzie by się tu udać, póki nie zobaczyłem dziewczyny stojącej obok z
wielkim transparentem , na który markerem naniesiono napis: „Pierwszoklasiści –
piętro trzecie, sala numer 329”. Niby głupie, ale strasznie pomocne. Dziwiło
jedno, dlaczego zamiast wykorzystywania niewinnej niewiasty do trzymania
transparentu, nie przykleili go taśmą do ściany.
Nie
czekając dłużej, wspiąłem się po schodach, na które wskazywała wielka strzałka
na transparencie. Szybko znalazłem salę 329 (na pewno dzięki mojej wspaniałej
inteligencji, bo jakby inaczej?). Nie była to jednak zwykła lekcyjna sala, ale
sala gimnastyczna, gdzie na wielkiej widowni siedział już tłum pierwszaków. W
sumie, było to drugą rzeczą, jaka mnie dziwiła, bo czemu sala gimnastyczna jest
aż na trzecim piętrze? Usiadłem na jednym z krzeseł i zacząłem słuchać ‘bardzo
interesującej’ opowieści pani dyrektor, o tym, z czego słynie szkoła. Słuchałem
jednak przez pierwsze dziesięć sekund, potem mi się znudziło, więc postanowiłem
rozejrzeć się nieco po sali, czego zaraz pożałowałem. Kurwa!
Z
tyłu, prawie wklejony w ścianę pod oknami stał Denverclub. Nagle poczułem
wzbierającą się we mnie złość, bo jego obecność tutaj przeczyła wszelkim moim
prawom fizyki. Jego miało tu nie być, ja miałem o nim zapomnieć i już nigdy w
życiu nie widzieć jego idiotycznie wykrzywionej twarzy. W życiu spotkałem już
wielu debili i idiotów, ale na ich czele stał właśnie Denverclub. Irytujący,
obrzydliwy, bez instynktu samozachowawczego, był iskrą w silniku napędzającym
moje poirytowanie i złość. Najgorszym nie były jednak jego cechy, a to, że
swoim durnym zachowaniem zdobywał wokół siebie wielu naśladowców i wyznawców.
On nie podążał za tłumem, tylko tłum podążał za nim. Dokuczali, śmiali się i
krzyżowali palny wszystkim tym, którym wiodło się lepiej niż jemu samemu. Kiedy
nikt mu nie przeszkadzał, nie robił w sumie nic szczególnego, oprócz irytowania
wszystkich wokół, lecz gdy tylko ktokolwiek wszedł mu w drogę, zamieniał jego
życie w piekło.
W
poprzedniej szkole miałem z nim na pieńku i w sumie dalej tak jest. Mam tylko
wielkie szczęście, że zbudowani jesteśmy w sumie podobnie, więc nie postawi się
na mnie tak, jakbym był cztery lata od niego młodszy. Intelektem dorównywał, a
nawet przewyższał go nawet goryl, nie mówiąc już o moim Eduardo. Próbował
zniszczyć mnie już wiele razy, ale cieszyłem się większym zaufaniem u
kogokolwiek. Nie znał moich słabych punktów, dlatego piekielnie nienawidzi mnie
do dziś.
Mimo
to, bałem się, co mógłby zrobić w tej szkole.
Kiedy
chwalenie Destin Pitorie przez dyrektorkę, o ile pamiętam, panią Amandę
Freshin, skończyło się, kazała ona nam rozejść się do klas naszych wychowawców.
Jedyne co mnie ucieszyło, to fakt, że Denverclub nie trafił do mojej klasy, a
moim wychowawcą był pan z geografii – Tom Beckett.
W
klasie pan tylko się przedstawił się, podał nam plan lekcji i poinformował nas
o czymś tam ważnym, ale nie słuchałem. Zamiast tego wolałem rozejrzeć się po
klasie, po twarzach ludzi, z którymi miałem dzielić te kilkadziesiąt metrów
kwadratowych klasy, przez kolejne trzy lata.
Pan
Tom skończył.
Dziewczyna
o włosach koloru przypominającego rudy pomieszany z brązowym, chłopak, wysoki,
z włosami brązowymi i drugi chłopak z czarnymi włosami podobnymi do moich.
Wyszli z klasy pierwsi, ona trzymała w ręku białą teczkę, z jakimś napisem,
chyba datą. O czymś rozmawiali, normalnie nie powinienem zwrócić na nich uwagi,
ot, zwykli nastolatkowie. Zwróciłem. Tylko dlaczego?
Nie
myśląc o niczym, wyszedłem z klasy.
"Nie myśląc o niczym" hehehe. Trochę jak ja przez całe życie :D Bardzo mi się podoba <3 Przez dłuższą chwile zastanawiałam się co mnie tak wciąga w to... opowiadanie? Chyba opowiadanie XD I doszłam do wniosku, że to przez fakt, iż jest tu niewiele dialogów, bogate opisy i wszystko jest ładnie podzielone na akapity. Przyjemnie się czyta, uwielbiam nieco zarozumiały charakter głównego bohatera, aurę tajemniczości tego opowiadania, no i fakt, że dodajesz notki częściej ode mnie :D Z błędów wychwyciłam tylko parę niepotrzebnych przecinków, ale fabuła wciąga tak, że nawet się tego nie zauważa. Przede wszystkim treść wciąga i to jest najważniejsze! Oby tak dalej! Styl masz świetny, gdybyś kiedyś coś wydał na papierze, to chętnie bym się wyposażyła :D
OdpowiedzUsuńPS. Jeśli chcesz wpadnij do mnie na cherry-roses.blogspot.com :)
UsuńNa pewno wejdę :P (ale nie wiem jak się piszę 'na pewno', już od dwóch lat... xD)
UsuńChyba się uzależniłam... /Kate
OdpowiedzUsuńCiekawy konflikt bohaterów się szykuje, nieźle ich naszkicowałeś.
OdpowiedzUsuńPoza tym jak wcześniej: rób korektę przed publikacją ;)
Oj ozi, coś mi się wydaje że Devernclub jest jak Marek z naszej klasy. ;D
OdpowiedzUsuńNie myślałem tak o tym, ale rzeczywiście xD Z tym, że Denverclub miał kolegów xDD
OdpowiedzUsuń