25 marca 2013

ROZDZIAŁ PIĄTY


Witam, Jezu... proszę, oto wasz kolejny, piąty już, rozdział. Czytajcie i koniecznie komentujcie...! Przepraszam za tą wieeeelką przerwę i obiecuję, że będę starał się pisać i wrzucać rozdziały w miarę regularnie. Nie, codziennie nie dam rady, ale jeden na tydzień będzie na pewno. Jeszcze raz przepraszam za przerwę i zapraszam do czytania, bo są jakieś konkrety, tak myślę... Ok, Oskar, Shut Up! xD




             Moim skromnym zdaniem, pani Jawellin, była kompletną kretynką. W sumie, nie mam żadnych podstaw, by tak twierdzić. W konfrontacji z kimkolwiek, nie miałbym kompletnie żadnych argumentów. Tak po prostu myślałem, smutne, ale gdy tylko ją zobaczyłem, pomyślałem, że żadnego nauczyciela, w ciągu całego tego miesiąca, nie nazwałem kretynką. Ona była więc pierwsza, bo uczyła historii, a ja historii nienawidziłem, bo w historii było dużo głupich ludzi, a ja głupich ludzi wręcz nie znoszę. 
            Właśnie trwała jedna z pierwszych lekcji z panią Jawellin. A to dlatego, że Jawellin była podobno bardzo chora, że prawie umarła, ale dziś nam wytłumaczyła, że chęć spotkania się z nami ją wyleczyła. Gdyby zrobić tak samo ze mną, umarłbym trzy razy, za każdym razem zmartwychwstając.
            Pani Jawellin weszła do klasy z ciemnoniebieskim dziennikiem. Była wysoka, nosiła duże okulary i miała chyba z pięćdziesiąt lat (w sam raz, by taką nienawidzić). Potem, nic nie mówiąc usiadła przy swoim biurku, otworzyła dziennik i zaczęła sprawdzać obecność. Ja oczywiście z niewiadomych powodów byłem jednym z pierwszych.
            -Adam Hamberton. – powiedziała.
            -Jestem. – odparłem.
            -Adam Hamberton?
            W klasie zapadła cisza.
            -Czy jest pan Adam Hamberton?
            -No mówię, że jestem. – powiedziałem jeszcze raz.
            Wstała i spojrzała na mnie jakbym właśnie przywalił jej w twarz.
            -Proszę wstać, panie Hamberton. – wstałem. –Czy przychodząc do tej szkoły, ktoś powiedział panu, że do nauczyciela nie zwraca się takim tonem?     
            No nie, to mnie rozwaliło. Pewnie zaraz zacznie się wykład o kulturze i byciu uprzejmym, a ja tylko powtórzyłem tej głuchej babie, że jestem.
            -Jeżeli mam być z panią szczery, to nie, nikt o niczym podobnym mi nie mówił. – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
            -Nie? – zapytała zdziwiona.
            -Nie, wydaje mi się, że takie rzeczy wie się z domu i z życia codziennego, ale z domu wie się też, że uszy trzeba myc. W domu to się nawet robi. – powiedziałem.
            W klasie rozległy się chichoty.
            Jawellin przez chwilę nic nie mówiła. Wpatrywała się we mnie jak w nie wiadomo co, zapewne próbując wymyśleć jakąś ripostę. Chyba jej nie wyszło.
            -Siadaj, nie będę rozmawiała z kimś takim jak ty.
            Boże, gorszego suchara nie mogłem wymyślić. Mógłbym się jeszcze z nią powygłupiać, ale szczerze nie miałem na to ochoty. Na marginesie brakowało mi jeszcze kilkudziesięciu kwiatków, a same do końca lekcji się przecież nie narysują. Usiadłem, a Jawellin kontynuowała sprawdzanie obecności. Potem kazała napisać temat, trochę pogadała i kazała coś tam poczytać w podręczniku. 
            Z lekcji historii to chyba tyle.
           
            Potem lekcje jakoś dziwnie mi się dłużyły. Mijała lekcja za lekcją, lecz zamiast czterdziestu pięciu minut, mi wydawało się jakby trwała ona z półtorej godziny. W przerwach między lekcjami też nic nie miałem do roboty, oprócz odpędzania się od durnego Johna Pen… Pendo… Pendocośtam, nie wiem, nie pamiętam jak miał na nazwisko. Trochę mały jak na swój wiek podsiadł się do mnie, kiedy ja, jak normalny, cywilizowany, niewinny człowiek siedziałem pod ścianą jednego z korytarzy i na telefonie surfowałem po Internecie.
            -Cześc Adam. – powiedział.
            -Cześc? – odparłem.
            -Co robisz?
            -Nic.
            -No przecież widzę, że siedzisz na internecie.
            -Tak, to po kiego się pytasz, chłopczyku?
            Wkurzyłem go, bo on nie lubił jak się do niego mówiło chłopczyku, malutki, czy coś. Chwilę udawał naburmuszonego, po czym rozsiadł się koło mnie na dobre, również opierając się o ścianę i patrzył mi prosto w telefon, teraz już z zadowoleniem.
            -Co tam pisze ciekawego?
            -Nie mówi się „pisze”, tylko „jest napisane”. – bąknąłem.
            -No ok, to co tam pisze interesującego?
            -W ostatnim tygodniu tylko sześć osób, jak na ostatnie czasy, to nie dużo. Poza tym, nic ciekawszego.
            -Aha. – powiedział, po czym wlepił wzrok w ścianę myśląc nad pytaniem jakie mógłby mi zadać. On wiecznie pytał. Przy każdej możliwej okazji. Czasem jego pytania były kompletnie bez sensu, w ogóle z dupy wyciągnięte. Nawet nie wiecie jak mnie irytował, bo gadał praktycznie bez przerwy. Gęba zamykała mu się tylko na lekcjach, bo z tego co zdążyłem zauważyć, to był idiotą, jakich sporo.
            Wiedziałem, że zaraz coś wymyśli, więc postanowiłem się jak najszybciej stamtąd ulotnić, zanim zada kolejne idiotyczne pytanie. Bo wiecie, znam go tydzień, ale już wiem, że jak wejdzie w rytm, to go za cholerę nie uciszycie i nie da wam żyć, a mi zostało jeszcze ponad piętnaście minut przerwy.
            -Idę do sklepiku na dole. Nie, nie możesz iść ze mną. – powiedziałem, szybko założyłem torbę na ramię i zszedłem schodami w dół na parter, gdzie znajdował się sklep. Był on duży, aż za duży, jak na szkołę. [tak porównując, to był on wielkości biedronki, ale nie mogę tego tu napisać, bo to nie nasze realia, więc tego tu nie ma xD]
            Na korytarzu na parterze nie było prawie nikogo, bo wszyscy prawie mieli lekcje na górze. Prawie, bo siedziała tam Amanda z Patrickiem i Natanem. Pochyleni nad teczką, którą zawsze Amanda miała przy sobie nawet nie zauważyli, że tamtędy przechodziłem i że zwolniłem, kiedy ich zobaczyłem.
            Szalenie mnie interesowali. Nie wiem dlaczego, tak po prostu, byli niezwykli i koniec. Nie mogłem okiełznać mojego zainteresowania nimi, tej ciekawości, co jest w teczce, kim są oni. Matko Boska, Adam, oni są tylko zwykłymi uczniami Destin Pitorie i koniec, nic więcej!
            Przechodząc obok nich chciałem zajrzeć do teczki, zobaczyć przynajmniej kawałek tego, nad czym tak siedzą i myślą. Pochyleni nad teczką, skupieni, nie zwracali uwagi na nic, co działo się dookoła nich. Amanda zasłaniała większą część teczki włosami. Nie będąc w stanie odczytać ani jednego słowa z tego, co tam chowali, poszedłem dalej, w kierunku sklepiku. Potem, to wszystko nie chciało dać mi spokoju.
            Nie wiem, nie wiem kurwa czemu.

*

            Wróciłem do domu z głową pełną myśli o wiadomych sprawach. Co chwila w mojej głowie rodził się kolejny scenariusz, na temat tego, co też ta trójka knuje. Może kogoś zabiją, albo wysadzą szkołę, albo nie wiem, orgię jakąś organizują i rozmyślają kogo w jakim miejscu usadowić, żeby było wszystko dobrze. Nie miałem pojęcia.
            Rodzice byli już co prawda w domu, ale  nie chciało mi się z nimi gadać. Przywitałem się tylko wesoło, jak na syna dobrego przystało i zaszyłem się pokoju, który zdążyłem posprzątać. Na biurku siedział Eduardo, a raczej na moim podręczniku z Chemii, za który dostałem dzisiaj zjeby, bo go zapomniałem.
            Usiadłem na krześle przy biurku i zacząłem zastanawiać się, co teraz zrobić. Byłem zmęczony, musiałem się trochę pouczyć, bo jakiś sprawdzian nam zapowiedzieli na po jutrze z Matematyki, a materiału było dużo. Wyciągnąłem książkę z matematyki, ale zobaczywszy co tam jest, pospiesznie go zamknąłem i włączyłem komputer, by zobaczyć co nowego na naszym ciasnym świecie. Nic, nic nowego.
            Położyłem się na łóżku i nie robiłem nic.

*

            Kolejnego dnia był piątek. Jak zwykle przyszedłem za wcześnie i siedziałem ponad pół godziny pod salą, przeglądając bez celu atlas. Potem ludzie zaczęli gromadzić się pod klasą geograficzną, w której miała się odbyć pierwsza lekcja, czyli godzina wychowawcza. Nie było połowy klasy, bo to pierwsza lekcja i w sumie najmniej ważna. Przyszła za to Amanda, tym razem bez Patricka i Natana. Tak jak mogłem się spodziewać, znowu z teczką.
            Lekcja minęła szybko. Kilka informacji, jakaś zmiana w planie i konkurs na jakiś durny plakat o zdrowiu.
            Wychodziłem ostatni, zaraz za Amandą, kiedy w pewnym momencie, trzymana przez nią w rękach teczka spadła jej na ziemię, a cała jej zawartość wysypała się na ziemię. Dziewczyna zrobiła się cała czerwona. Najszybciej jak tylko potrafiła, próbowała pozbierać kartki, które jej wypadły. Schyliłem się, by jej pomóc.
            -Idź stąd! – warknęła.
            -Chcę ci pomóc. – powiedziałem.
            -Nie potrzebuję niczyjej pomocy, idź!
            -Ale…
            -Spierdalaj, powiedziałam!
            Odsunąłem się.
            Amanda zdenerwowana wpakowała wszystkie upuszczone kartki do torby, wyginając je i gniotąc, byleby jak najszybciej je schować przed światem. Potem odeszła, prawie biegnąc.
            Ja tymczasem stojąc i patrząc w ścianę jak wryty, myślałem nad tym co zobaczyłem.
           

3 komentarze:

  1. O kuurczę *_*
    Mogę wytknąć parę błędów? Mogę! Dziena!
    " -Adam Hamberton. – powiedziała.
    -Jestem. – odparłem."

    Po "Hamberton" i po "jestem" nie powinno być kropki.
    " -Proszę wstać, panie Hamberton. – wstałem."
    A tutaj kropka jest i bardzo dobrze, ale "wstałem" powinno już być wielką literą ;D
    Jednego nie zaczaiłam... Oni mają lekcje w soboty? :O
    Bo skoro sprawdzian miał być po jutrze a następnego dnia był piątek... Przechlapane ;o
    Amanda, Amanda... Dziwna jest. Nie lubię jej XD
    Przybliż tych jej kolegów bardziej :D
    I CO MAJĄ ZNACZYĆ EMOTIKONY W TEKŚCIE?! Hola, hola! Jaszczureczko! Nie rób tak, ok? Proooszę? :D <3 Dziena ;* (ach, ten talent do przekonywania ;D)
    Pendocośtam <3
    Lubię Cię. Serio, pisz, bo Ci wychodzi ;D
    Życzę weny i pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Omg... jestem idiotą, rzeczywiście, z tą sobotą to była wpadka, w ogóle o tym nie pomyślałem, a powinienem. Niedopatrzenie, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie, chociaż, mógłbym być wredny i zrobić im lekcje w sobotę... ;> Ale nie, postaram się to poprawić, chociaż nie wiem, czy nie będzie trzeba przerobić połowy tekstu. Pieprze, nie przerabiam xD Ok, więc jak już się tłumaczę, to sorry za te emotikony, porażka, ale tego jednego tam, to da się usunąć. Tak baj de łej to oczywiście jestem otwarty na krytykę, zdrową oczywiście, a interpunkcja to mi średnio wychodzi. Wrzucam przecinki gdzie nie trzeba, a niekiedy w ogóle ich nie daję... Boże, po co ja się tłumaczę, Oskar, spokój. Okej, polecajcie dalej i wytrwale czytajcie, bo niedługo jakaś może akcja będzie, albo cuś xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobra, więc nie podoba mi się że wszyscy tu nie lubią rudej, sorry ona jest ruda więc musi być fajna ;p (zagadka, jaki mam kolor włosów ;p). Nie będę chyba oryginalna jak napisze że polubiłam głównego bohatera. Ale naprawdę super się czyta przez to, że narratorem jest główny bohater, bo z samych dialogów nie moglibyśmy go tak poznać jak z jego komentarzy i opisów. Kończę bo jest po 1.00 a chcę jeszcze przeczytać szósty rozdział :)

    OdpowiedzUsuń