Minęło
dwa dni. Zagubieni, pozbawieni resztek nadziei, że cokolwiek tu znajdziemy
szliśmy tak już przez ponad czterdzieści godzin, tylko co jakiś czas siadając
na pół godziny przy jednym z drzew i posilając się tym, co jeszcze zostało nam
w plecakach. Po niemal dziesięciu godzinach stałej wędrówki potem
postanowiliśmy zdrzemnąć się pod jednym z drzew, nie zważając już na to, czy
coś nas zje, zostaniemy porwani, czy coś w tym rodzaju. Od kilku godzin było
nam już wszystko obojętne. Ale spaliśmy na siedząco, żeby mgła nie przykryła
nas w całości. Wystarczyło już to, że nie widzieliśmy toreb.
Amanda
co jakiś czas płakała. Wyglądało to tak, jakby walczyła z samą sobą. Raz
przychodziła rezygnacja, myśl, że nic już tu nie znajdziemy, i że zmarnowaliśmy
sobie życie przez tak pochopną decyzję, a czasami nadzieja, że może jednak, że
jeszcze nie wszystko zobaczyliśmy, i że coś jeszcze niemal na pewno się
wydarzy.
Patrick
był przygnębiony i jakby nieobecny. Powłóczył nogami jakby zaraz miał się
przewrócić, a miny nie zmieniał od kilku godzin. Na jego twarzy malowała się
mieszanka strachu, beznadziei, zrezygnowania i tęsknoty. Z Natanem było podobnie. Co jakiś czas widać
było jak po jego policzkach spływają łzy bezradności i żalu. Chodził tak samo
przygnębiony jak my wszyscy i nawet w najmniejszym stopniu nie starał się
ukrywać tego, co czuje.
Przez
te spędzone w lesie dwa dni można było zwariować. Czterdzieści godzin
patrzyliśmy cały czas na to samo. Wszędzie, dosłownie wszędzie rosły sczerniałe
drzewa, dookoła rozciągała się mgła. Nieba jakby nie było.
Wtedy
też szliśmy. Co mieliśmy innego robić?
Teraz
jednak nie było już tak monotonnie. W tak nudnym krajobrazie coś zaczęło się
powoli, lecz stopniowo zmieniać. Mgły nagle zrobiło się więcej. Nie sięgała nam
już do kolan, a do pół uda i była bardziej biała. Drzew zrobiło się mniej, a
odstępy między nimi znacznie się powiększyły. Nie było to już dwa, trzy metry,
ale nawet pięć, jeśli się nie myliłem.
Mimo
to, przed nami nie było jeszcze nic widać. Wciąż widzieliśmy drzewa i mgłę, ale
zaczęliśmy zupełnie inaczej na to patrzeć. Fakt, że cokolwiek zaczęło się zmieniać,
nawet w tak małym stopniu sprawił, że zamiast się zamartwiać, próbowaliśmy
wypatrzeć choć małą różnicę w otoczeniu. Obserwowaliśmy drzewa, gałęzie nad nami,
mgłę.
-Ciekawe.
Na to czekałam – powiedziała Amanda, ocierając łzy. Od pięciu minut cicho
płakała.
-Tak
– rzekłem. –Myślę, że gdzieś dochodzimy. Coś się zmienia i czuję, że niedługo
coś się wydarzy.
Spojrzeliśmy
po sobie i jakby atmosfera nagle się ociepliła. Znów poczułem jak tli się we
mnie nadzieja i znowu zacząłem wierzyć, że to wszystko jeszcze jakoś się
odkręci. Także ciekawość wróciła. Znów poczułem w sobie ogromne zainteresowanie
i równocześnie fascynację.
Nie
przestawaliśmy iść, dopóki rzeczywiście czegoś nie zobaczyliśmy.
W
oddali spostrzegliśmy zarys czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na
budynek. Nie byliśmy w stanie tego rozpoznać. Mgła skutecznie nam to
utrudniała, ale byliśmy pewni, że coś tam było.
Drzewa
znajdowały się już w odstępach nie mniejszych jak pięć metrów od siebie. Mgła
opadła i nie sięgała nam już do kolan czy pasa, ale do kostek. Podłoże było w
miarę płaskie, jakby pokryte piaskiem. Temperatury jakby w ogóle nie było. Nie
było nam ani ciepło, ani zimno. Tak nijak. Atmosfera zmieniła się niemal
całkowicie. Wiedzieliśmy, że właśnie w tym momencie skończyła się nasza
monotonna wędrówka. W końcu zobaczymy coś, co nie jest mgłą i drzewami.
Mimowolnie
przyspieszyliśmy.
-Dobra,
okej, przerwę tą ciszę – powiedziała Amanda. –Jestem cholernie podekscytowana i
nie będę tego kryła!
Uśmiechnąłem
się do niej. Po około dwóch dniach bezustannej wędrówki był to chyba pierwszy
mój uśmiech.
-Jestem
cholernie ciekawy co tam jest – powiedział Natan, którego noga wciąż bolała,
ale on starał się dotrzymać nam kroku najlepiej jak tylko mógł. Ukrywał ból i
to, że ciężko jest mu iść. Był spocony, ale teraz niosła go ekscytacja.
Patrick
też jakby otrzeźwiał. Z uwagą wpatrywał się w wyłaniające się z mgły kontury
jakiejś budowli. Jak każdy z nas, próbował ją rozpoznać.
-I
tak minie trochę czasu zanim tam dojdziemy – powiedziałem. –Strzelając,
odległość wynosi jakieś trzy lub cztery kilometry, ale przez mgłę trudno jest
to określić
-To
nie trzeba gadać, tylko iść – uśmiechnął się Patrick, który cały czas pomagał
Natanowi iść. –W ogóle to ciekawe ile już przeszliśmy, co nie?
-Dużo,
Patrick, dużo – odparłem.
To
co wcześniej braliśmy za jakąś budowlę, teraz, po kolejnych dwóch godzinach
wędrówki, okazało się być wysokim na kilkanaście metrów murem zbudowanym z
grubych, czarnych bel, które były zapewne pozyskiwane z tych wszystkich
zwęglonych drzew. Spojrzawszy w prawo i w lewo dało się zobaczyć, że mur niemal
się nie kończy. Ciągnął się jeszcze, na oko, kilkadziesiąt metrów, a potem
znikał we mgle.
Nareszcie.
Byliśmy
pod wrażeniem.
Z
otwartymi szeroko oczami Amanda podeszła do wysokiego muru i dotknęła jednej z
bel. Na jej ręce pozostał czarny pył.
-Halo!
– zawołała Amanda, patrząc w górę. Echo poniosło jej głos hen daleko w las,
między drzewa. Odczekaliśmy chwilę, ale tak jak mogliśmy się spodziewać –
odzewu nie było.
-Co
to jest? – spytał Patrick.
-Nas
się pytasz?
-Ciekawe,
co jest za tym murem – powiedziałem, podchodząc do Amandy. –Trzeba się tam
jakoś dostać.
-Ma
z dwadzieścia metrów – powiedział Natan. –Nawet jeśli dalibyście radę się tam
jakoś dostać, to tylko w trójkę. Z moją
nogą, nie przejdę nawet przez półtorametrowy mur.
-Może
gdzieś jest jakaś brama, wejście albo coś. Trzeba iść wzdłuż muru – zaproponowałem.
Amanda
potrząsnęła głową.
-Innego
wyjścia nie ma. Chodźmy.
Marsz
wzdłuż czarnego muru nie trwała długo. Po pół godziny doszliśmy do miejsca,
gdzie znajdowała się wysoka brama, prowadząca za mur. Obok niej, między dwie
bale włożone były pochodnie, które znacznie rozjaśniały okolicę. Zbudowana z
tego samego materiału co reszta, miała kilkanaście metrów wysokości, ale była
nieco niższa niż reszta muru.
Serca
waliły nam jak młoty. Stojąc przed bramą byliśmy niebywale podekscytowani,
ciekawi tego, co było za nią i jednocześnie przerażeni. Do głów znowu zaczęły
nam napływać różne obrazy na temat tego, co też moglibyśmy tam zobaczyć, jeśli
zaraz uda nam się ją przekroczyć.
Na
potężnych drzwiach nie widzieliśmy żadnej klamki lub czegokolwiek innego, co
pozwoliłoby nam tam wejść.
-Halo!
– zawołała Amanda podchodząc do bramy. –Halo! Jest tam kto?!
Nasłuchiwaliśmy,
ale nikt nie dał odpowiedzi.
-Hej!
– krzyknąłem. –Słyszy nas ktoś?! Halo!
-Albo
nas ignorują, albo nikogo tam nie ma, albo zaraz otworzy się brama i coś na nas
wyskoczy – powiedział Natan, masując nogę, która wciąż go bolała.
-Albo
rzeczywiście trafiliśmy na miasto i to wszystko się jakoś poukłada – dodała
Amanda.
Nie
włączając się do rozmowy, podszedłem do potężnej bramy i lekko ją popchnąłem.
Nawet nie drgnęła. Popchnąłem mocniej, ale również nie było żadnego efektu. W
końcu zacząłem napierać na nie całym ciałem z całej siły, lecz na próżno.
-Siłą
się tam nie dostaniemy – powiedziałem, otrzepując czarny pył z kurtki.
-Więc
co? – spytała Amanda –Coś proponujesz? W ogóle, są jakieś propozycje, jak
możemy się tam dostać?
Rozejrzałem
się dookoła. Za nami rozpościerał się znany nam już mglisty krajobraz pokryty
drzewami, a przed nami w odległości dwóch, trzech metrów masywna drewniana konstrukcja.
Patrząc prosto przed siebie widziało się tylko porowatą, pełną pęknięć czarną
korę drzewną. I coś jeszcze.
„Refedrre
Innoperia”
-Tu
jest coś napisane – powiedziałem, wskazując wyryty w jednej z bali napis.
–Refedrre Innoperia
-Niewiele
nam to da – rzekła Amanda, podchodząc do bramy i czytając napis. – I tak nic
nie zrozumiemy. Ktoś kojarzy taki język?
-Ha…
ha… ha… - zakpił Patrick. –Lepiej usiądźmy i coś zjedzmy, bo prędko tej bramy
nie przekroczymy.
Po
chwili siedzieliśmy oparci o mur pod jedną z pochodni i jedliśmy kanapki. Nic
się nie odzywaliśmy, a tylko cały czas myśleliśmy nad sposobem, który
umożliwiłby nam dostanie się poza bramy tego czegoś. Byłem niezmiernie ciekawy
tego, co tam zobaczymy, o ile uda nam się tam wejść. Przypuszczałem, że to
miasto i była to obecnie najbardziej prawdopodobna opcja. Mur był niesamowicie
długi, ale w środku było za cicho jak na prawdziwe ogromne miasto.
-Mówiłam,
że coś tu znajdziemy – powiedziała Amanda. –Nie wyobrażam sobie, żeby nic tu
nie było. Zastanawiam się tylko o to jest. Okej, miasto. Ale jak ono
funkcjonuje? Kto tu mieszka, co robią, jak żyją? Mam nadzieję, że niedługo się
tego dowiemy.
-O
ile ktoś nam otworzy – powiedziałem. –Trochę też się nad tym zastanawiałem i
mam pewną teorię, na temat tego, kto tam mieszka.
-Kto?
-Ludzie.
Myślę, że mieszkają tu wszyscy, którzy przekroczyli granicę i my wkrótce też
będziemy tam mieszkać. Już na zawsze.
-W
sumie to też o tym pomyślałem – rzekł Patrick.
Rozmowa
trwałaby dłużej, gdyby nie hałas jaki nagle usłyszeliśmy. Do naszych uszu
dochodziły dźwięki rozmów, krzyków i czegoś innego. Potem brama zaczęła się
powoli obniżać w naszą stronę, jak w zamkach, z tym, że bez fosy. Zbudowana z
czarnych beli brama w końcu dotknęła ziemi i utopiła się we mgle tak, że było
widać tylko jej kawałek.
Kiedy
brama całkowicie się otworzyła zobaczyliśmy to, co mieliśmy nadzieję zobaczyć.
Rzeczywiście za murem rozpościerało się ogromne miasto. Widzieliśmy równie
czarne, drewniane budynki, pochodnie, ścieżki. Po ulicach przechadzali się
ludzie. Byli to dorośli, starzy, młodzi, a nawet małe dzieci około trzeciego
roku życia.
-O,
jacyś nowi – powiedział jakiś mężczyzna. Miał około trzydziestu lat i stał bez
koszulki obok wielkiego pokrętła przy bramie. –Wchodźcie! – nakazał.
Nic
nie mówiąc, posłusznie weszliśmy do miasta.
-Co
to jest? – spytała Amanda mężczyznę.
-Innoperia
– odparł i odwrócił się. Zaraz jednak znów na nas spojrzał i uśmiechnął się.
–Ach tak, wy jesteście nowi. Nigdy chyba się nie przyzwyczaję. Chodźcie za mną,
a wszystko wam wytłumaczę.
Mężczyzna
ruszył jedną z ulic, a my za nim.
-Innoperia
to miasto-państwo – zaczął. –Zostało zbudowane bardzo dawno i wciąż się
rozrasta, bo ludzie cały czas przekraczają granicę. Tak, to miasto tych
przekraczających. Wiecie o co chodzi.
-Będziemy
tu mieszkać? – spytał Patrick.
-Jeśli
nie chcecie, nie musicie, ale nie radzę opuszczać już miasta – powiedział.
–Nigdzie indziej w tym świecie nie stworzono innej cywilizacji, więc będziecie
tylko chodzić w kółko. Chyba, że… no nie ważne. Innoperia jest ogromna i
mieszka tu już kilkaset tysięcy ludzi. Miasto wciąż rośnie. Rozwinął się tu
przemysł, gospodarka, szkolnictwo. Mamy tu wszystko, ale jak widać, do budowy
używamy tylko czarnego drewna i kamienia, który wydobywany jest w północnej
części miasta. Dlatego wygląda u nas jak w średniowieczu.
-Gdzie
nas pan prowadzi?
-Do
władz
-Władz?
-W
Innoperii rządzi dwadzieścia osób, którzy tworzą coś w rodzaju parlamentu. Ich
okrągły, ładny budynek znajduje się na środku miasta i tam sobie urzędują,
tworząc prawo, ustanawiając podatki, zarządzając wojskiem, policję i inne tego
typu rzeczy. Trzeba tam prowadzać nowych i wpisać ich do księgi ludności.
Mężczyzna
skręcił w prawo, a naszym oczom ukazała się szeroka ulica, po której bokach
stały kilkupiętrowe budynki, szwendali się ludzie i jeździły wozy, które
wyglądały jak rower, do którego wbudowano wielką kabinę, gdzie można było
siedzieć.
-Po
co wam wojsko? Walczycie z kimś? – zapytałem.
Mężczyzna
jęknął.
-Co?
Jakie wojsko? Nie mamy wojska
-Powiedział
pan, że macie
-Nie,
nie mamy wojska – uśmiechnął się. –Mamy tylko policję
Amanda
spojrzała na mnie z zakłopotaniem.
-A
co to za pojazdy? – spytał Natan
-To
są takie jakby samochody – zaśmiał się. –Najważniejsze środki transportu w
Innoperii. Wozi się nimi jedzenie, ludzi, materiały i inne takie rzeczy.
Używamy ich na przykład, kiedy jeździmy po drewno, albo gdy musimy
transportować kamień z północy do innych części miasta.
Przez
chwilę jeszcze szliśmy przez szeroką ulicę, będącą jedną z najważniejszych ulic
w mieście, jak wytłumaczył nam mężczyzna. Potem skręciliśmy w równie szeroką, a
następnie naszym oczom ukazał się wysoki, kamienny i okrągły budynek rządu
Innoperyjskiego.
-Dobra,
wchodzimy – powiedział mężczyzna.
Szybko
weszliśmy do budynku przez drewniane, lecz solidne drzwi. W środku było jasno
od pochodni i bardzo wszechstronnie. Po prawej stronie znajdowała się lada, za
którą stała recepcjonistka. Mężczyzna nie podszedł do niej, a tylko skinął jej
porozumiewawczym wzrokiem i skierował się razem z nami w kierunku kolejnych
drzwi. Szybko je przekroczyliśmy. Kolejny pokój był mniejszy, lecz równie jasno
oświetlony. Na środku stało niewielkie biurko, za którym siedział jakiś starzec.
-Dzień
dobry panie Heathrow – powiedział mężczyzna z radością.
-Rother,
dawno cię tu nie widziałem - odparł
tamten. –Co u ciebie przyjacielu?
Rother
pokręcił głową.
-Obawiam
się, że nie mam czasu na pogawędki – powiedział. –Mam tu kolejną czwórkę, a
potem muszę wracać do pracy.
-No
dobrze, już dobrze – zwrócił się do nas, wyciągając spod biurka wielką czarną
księgę. –Podajcie mi swoje imiona i nazwiska
-Amanda
Deshe, Natan Ferby, Patrick Vetteus i Adam Hamberton – powiedziała Amanda.
Mężczyzna
chwilę pisał nasze nazwiska, po czym powiedział:
-I
tak oto ludność miasta zwiększyła się do pół miliona obywateli
-Co
może pan im zaproponować? – spytał Rother.
-Niech
pomyślę – powiedział i otworzył księgę od tyłu. –Mam pusty, czteroosobowy dom
na Arre 10 – powiedział.
-O!
– niemal wykrzyknął uradowany Rother – mieszkamy na tej samej ulicy tylko dwa
numery dalej. Teraz szybko was tam zaprowadzę, a po pracy, wszystko wam
wytłumaczę.
no wreszcie coś nowego świetne ciesze sie i informuje że na pewno noe schodzisz na psy hehe
OdpowiedzUsuńpolecam jeszcze blog mój i koleżanki
/blaithinschuyleriarmagedonwproszku.blog.pl
Super! Bardzo fajny pomysł na to miasto i wgl.
OdpowiedzUsuńKidy następny?
Zajebiście Ozi oby tak dalej
OdpowiedzUsuńBanalne i do przewidzenia, kurwa. Nie popisales się. Zajebiscie nie jest i jak widać wciaz się opierdalasz. Chłopaku weź się postaraj a nie opierdalaj!
OdpowiedzUsuńTo tylko zdrowa krytyka...
XD
Dobra dawaj następny, bede milszy.
Jeżeli jest to dla ciebie banalne i do przewidzenia to 1. nie czytaj, jeśli ci się nie podoba i koniec, nie będzie problemu 2. napisz coś swojego i daj do przeczytania, zobaczymy jak ty się popiszesz 3. ja też mam obowiązki i szkołę, dlatego nie mam czasu wrzucać rozdziałów często i wypadałoby to zrozumieć 4. ustaw sobie awatar i zrób konto na Google, bo krytykować kogoś, używając przy tym wulgaryzmów, będąc anonimowym to żaden wyczyn. Chciałbym wiedzieć, kim jest ten wirtuoz klawiatury, który tak genialnie tworzy fabułę i pisze (tak, to był sarkazm, jak nie wiesz co to, to wygugluj)
UsuńTak, to by było chyba na tyle... Też potrafię komuś wbić...
A teraz papa, pozdrawiam drogiego, anonimowego hejtera... Pozdro ;>
Ahmmmm......widzę że przejęło cię to xD, podkreślam ze ty takze uzywasz wulgaryzmów.
UsuńPozdro ;>