01 czerwca 2013

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Dobra, nie bijcie, nie krzyczcie po mnie, wiem, jestem zły, niedobry i się za przeproszeniem opierdalam, zamiast pisać kolejny rozdział xD Mam nadzieję, że mnie nie opuścicie i że nadal mnie lubicie ^^ Dobra, oddaję w wasze ręce siedemnasty rozdział mojego jakże zajebistego opowiadania. Mam ogromną nadzieję, że nie schodzę na psy, dalej jakoś udaje mi się utrzymać jakiś tam poziom i w ogóle. Okej, papa... dobranoc




            Minęło dwa dni. Zagubieni, pozbawieni resztek nadziei, że cokolwiek tu znajdziemy szliśmy tak już przez ponad czterdzieści godzin, tylko co jakiś czas siadając na pół godziny przy jednym z drzew i posilając się tym, co jeszcze zostało nam w plecakach. Po niemal dziesięciu godzinach stałej wędrówki potem postanowiliśmy zdrzemnąć się pod jednym z drzew, nie zważając już na to, czy coś nas zje, zostaniemy porwani, czy coś w tym rodzaju. Od kilku godzin było nam już wszystko obojętne. Ale spaliśmy na siedząco, żeby mgła nie przykryła nas w całości. Wystarczyło już to, że nie widzieliśmy toreb.
            Amanda co jakiś czas płakała. Wyglądało to tak, jakby walczyła z samą sobą. Raz przychodziła rezygnacja, myśl, że nic już tu nie znajdziemy, i że zmarnowaliśmy sobie życie przez tak pochopną decyzję, a czasami nadzieja, że może jednak, że jeszcze nie wszystko zobaczyliśmy, i że coś jeszcze niemal na pewno się wydarzy.
            Patrick był przygnębiony i jakby nieobecny. Powłóczył nogami jakby zaraz miał się przewrócić, a miny nie zmieniał od kilku godzin. Na jego twarzy malowała się mieszanka strachu, beznadziei, zrezygnowania i tęsknoty.  Z Natanem było podobnie. Co jakiś czas widać było jak po jego policzkach spływają łzy bezradności i żalu. Chodził tak samo przygnębiony jak my wszyscy i nawet w najmniejszym stopniu nie starał się ukrywać tego, co czuje.
            Przez te spędzone w lesie dwa dni można było zwariować. Czterdzieści godzin patrzyliśmy cały czas na to samo. Wszędzie, dosłownie wszędzie rosły sczerniałe drzewa, dookoła rozciągała się mgła. Nieba jakby nie było.
            Wtedy też szliśmy. Co mieliśmy innego robić?
            Teraz jednak nie było już tak monotonnie. W tak nudnym krajobrazie coś zaczęło się powoli, lecz stopniowo zmieniać. Mgły nagle zrobiło się więcej. Nie sięgała nam już do kolan, a do pół uda i była bardziej biała. Drzew zrobiło się mniej, a odstępy między nimi znacznie się powiększyły. Nie było to już dwa, trzy metry, ale nawet pięć, jeśli się nie myliłem.
            Mimo to, przed nami nie było jeszcze nic widać. Wciąż widzieliśmy drzewa i mgłę, ale zaczęliśmy zupełnie inaczej na to patrzeć. Fakt, że cokolwiek zaczęło się zmieniać, nawet w tak małym stopniu sprawił, że zamiast się zamartwiać, próbowaliśmy wypatrzeć choć małą różnicę w otoczeniu. Obserwowaliśmy drzewa, gałęzie nad nami, mgłę.
            -Ciekawe. Na to czekałam – powiedziała Amanda, ocierając łzy. Od pięciu minut cicho płakała.
            -Tak – rzekłem. –Myślę, że gdzieś dochodzimy. Coś się zmienia i czuję, że niedługo coś się wydarzy.
            Spojrzeliśmy po sobie i jakby atmosfera nagle się ociepliła. Znów poczułem jak tli się we mnie nadzieja i znowu zacząłem wierzyć, że to wszystko jeszcze jakoś się odkręci. Także ciekawość wróciła. Znów poczułem w sobie ogromne zainteresowanie i równocześnie fascynację.
            Nie przestawaliśmy iść, dopóki rzeczywiście czegoś nie zobaczyliśmy.
            W oddali spostrzegliśmy zarys czegoś, co na pierwszy rzut oka wyglądało na budynek. Nie byliśmy w stanie tego rozpoznać. Mgła skutecznie nam to utrudniała, ale byliśmy pewni, że coś tam było.
            Drzewa znajdowały się już w odstępach nie mniejszych jak pięć metrów od siebie. Mgła opadła i nie sięgała nam już do kolan czy pasa, ale do kostek. Podłoże było w miarę płaskie, jakby pokryte piaskiem. Temperatury jakby w ogóle nie było. Nie było nam ani ciepło, ani zimno. Tak nijak. Atmosfera zmieniła się niemal całkowicie. Wiedzieliśmy, że właśnie w tym momencie skończyła się nasza monotonna  wędrówka. W końcu zobaczymy coś, co nie jest mgłą i drzewami.
            Mimowolnie przyspieszyliśmy.
            -Dobra, okej, przerwę tą ciszę – powiedziała Amanda. –Jestem cholernie podekscytowana i nie będę tego kryła!
            Uśmiechnąłem się do niej. Po około dwóch dniach bezustannej wędrówki był to chyba pierwszy mój uśmiech.
            -Jestem cholernie ciekawy co tam jest – powiedział Natan, którego noga wciąż bolała, ale on starał się dotrzymać nam kroku najlepiej jak tylko mógł. Ukrywał ból i to, że ciężko jest mu iść. Był spocony, ale teraz niosła go ekscytacja.
            Patrick też jakby otrzeźwiał. Z uwagą wpatrywał się w wyłaniające się z mgły kontury jakiejś budowli. Jak każdy z nas, próbował ją rozpoznać.
            -I tak minie trochę czasu zanim tam dojdziemy – powiedziałem. –Strzelając, odległość wynosi jakieś trzy lub cztery kilometry, ale przez mgłę trudno jest to określić
            -To nie trzeba gadać, tylko iść – uśmiechnął się Patrick, który cały czas pomagał Natanowi iść. –W ogóle to ciekawe ile już przeszliśmy, co nie?
            -Dużo, Patrick, dużo – odparłem.
            To co wcześniej braliśmy za jakąś budowlę, teraz, po kolejnych dwóch godzinach wędrówki, okazało się być wysokim na kilkanaście metrów murem zbudowanym z grubych, czarnych bel, które były zapewne pozyskiwane z tych wszystkich zwęglonych drzew. Spojrzawszy w prawo i w lewo dało się zobaczyć, że mur niemal się nie kończy. Ciągnął się jeszcze, na oko, kilkadziesiąt metrów, a potem znikał we mgle.
            Nareszcie.
            Byliśmy pod wrażeniem.
            Z otwartymi szeroko oczami Amanda podeszła do wysokiego muru i dotknęła jednej z bel. Na jej ręce pozostał czarny pył.
            -Halo! – zawołała Amanda, patrząc w górę. Echo poniosło jej głos hen daleko w las, między drzewa. Odczekaliśmy chwilę, ale tak jak mogliśmy się spodziewać – odzewu nie było.
            -Co to jest? – spytał Patrick.
            -Nas się pytasz?
            -Ciekawe, co jest za tym murem – powiedziałem, podchodząc do Amandy. –Trzeba się tam jakoś dostać.
            -Ma z dwadzieścia metrów – powiedział Natan. –Nawet jeśli dalibyście radę się tam jakoś dostać, to tylko w trójkę. Z moją  nogą, nie przejdę nawet przez półtorametrowy mur.
            -Może gdzieś jest jakaś brama, wejście albo coś. Trzeba iść wzdłuż muru – zaproponowałem.
            Amanda potrząsnęła głową.
            -Innego wyjścia nie ma. Chodźmy.
           
            Marsz wzdłuż czarnego muru nie trwała długo. Po pół godziny doszliśmy do miejsca, gdzie znajdowała się wysoka brama, prowadząca za mur. Obok niej, między dwie bale włożone były pochodnie, które znacznie rozjaśniały okolicę. Zbudowana z tego samego materiału co reszta, miała kilkanaście metrów wysokości, ale była nieco niższa niż reszta muru.
            Serca waliły nam jak młoty. Stojąc przed bramą byliśmy niebywale podekscytowani, ciekawi tego, co było za nią i jednocześnie przerażeni. Do głów znowu zaczęły nam napływać różne obrazy na temat tego, co też moglibyśmy tam zobaczyć, jeśli zaraz uda nam się ją przekroczyć.
            Na potężnych drzwiach nie widzieliśmy żadnej klamki lub czegokolwiek innego, co pozwoliłoby nam tam wejść.
            -Halo! – zawołała Amanda podchodząc do bramy. –Halo! Jest tam kto?!
            Nasłuchiwaliśmy, ale nikt nie dał odpowiedzi.
            -Hej! – krzyknąłem. –Słyszy nas ktoś?! Halo!
            -Albo nas ignorują, albo nikogo tam nie ma, albo zaraz otworzy się brama i coś na nas wyskoczy – powiedział Natan, masując nogę, która wciąż go bolała.
            -Albo rzeczywiście trafiliśmy na miasto i to wszystko się jakoś poukłada – dodała Amanda.
            Nie włączając się do rozmowy, podszedłem do potężnej bramy i lekko ją popchnąłem. Nawet nie drgnęła. Popchnąłem mocniej, ale również nie było żadnego efektu. W końcu zacząłem napierać na nie całym ciałem z całej siły, lecz na próżno.   
            -Siłą się tam nie dostaniemy – powiedziałem, otrzepując czarny pył z kurtki.
            -Więc co? – spytała Amanda –Coś proponujesz? W ogóle, są jakieś propozycje, jak możemy się tam dostać?
            Rozejrzałem się dookoła. Za nami rozpościerał się znany nam już mglisty krajobraz pokryty drzewami, a przed nami w odległości dwóch, trzech metrów masywna drewniana konstrukcja. Patrząc prosto przed siebie widziało się tylko porowatą, pełną pęknięć czarną korę drzewną. I coś jeszcze.
            „Refedrre Innoperia”
            -Tu jest coś napisane – powiedziałem, wskazując wyryty w jednej z bali napis. –Refedrre Innoperia
            -Niewiele nam to da – rzekła Amanda, podchodząc do bramy i czytając napis. – I tak nic nie zrozumiemy. Ktoś kojarzy taki język?
            -Ha… ha… ha… - zakpił Patrick. –Lepiej usiądźmy i coś zjedzmy, bo prędko tej bramy nie przekroczymy.
            Po chwili siedzieliśmy oparci o mur pod jedną z pochodni i jedliśmy kanapki. Nic się nie odzywaliśmy, a tylko cały czas myśleliśmy nad sposobem, który umożliwiłby nam dostanie się poza bramy tego czegoś. Byłem niezmiernie ciekawy tego, co tam zobaczymy, o ile uda nam się tam wejść. Przypuszczałem, że to miasto i była to obecnie najbardziej prawdopodobna opcja. Mur był niesamowicie długi, ale w środku było za cicho jak na prawdziwe ogromne miasto.
            -Mówiłam, że coś tu znajdziemy – powiedziała Amanda. –Nie wyobrażam sobie, żeby nic tu nie było. Zastanawiam się tylko o to jest. Okej, miasto. Ale jak ono funkcjonuje? Kto tu mieszka, co robią, jak żyją? Mam nadzieję, że niedługo się tego dowiemy.
            -O ile ktoś nam otworzy – powiedziałem. –Trochę też się nad tym zastanawiałem i mam pewną teorię, na temat tego, kto tam mieszka.
            -Kto?  
            -Ludzie. Myślę, że mieszkają tu wszyscy, którzy przekroczyli granicę i my wkrótce też będziemy tam mieszkać. Już na zawsze.
            -W sumie to też o tym pomyślałem – rzekł Patrick.
            Rozmowa trwałaby dłużej, gdyby nie hałas jaki nagle usłyszeliśmy. Do naszych uszu dochodziły dźwięki rozmów, krzyków i czegoś innego. Potem brama zaczęła się powoli obniżać w naszą stronę, jak w zamkach, z tym, że bez fosy. Zbudowana z czarnych beli brama w końcu dotknęła ziemi i utopiła się we mgle tak, że było widać tylko jej kawałek.
            Kiedy brama całkowicie się otworzyła zobaczyliśmy to, co mieliśmy nadzieję zobaczyć. Rzeczywiście za murem rozpościerało się ogromne miasto. Widzieliśmy równie czarne, drewniane budynki, pochodnie, ścieżki. Po ulicach przechadzali się ludzie. Byli to dorośli, starzy, młodzi, a nawet małe dzieci około trzeciego roku życia.
            -O, jacyś nowi – powiedział jakiś mężczyzna. Miał około trzydziestu lat i stał bez koszulki obok wielkiego pokrętła przy bramie. –Wchodźcie! – nakazał.
            Nic nie mówiąc, posłusznie weszliśmy do miasta.
            -Co to jest? – spytała Amanda mężczyznę.
            -Innoperia – odparł i odwrócił się. Zaraz jednak znów na nas spojrzał i uśmiechnął się. –Ach tak, wy jesteście nowi. Nigdy chyba się nie przyzwyczaję. Chodźcie za mną, a wszystko wam wytłumaczę.
            Mężczyzna ruszył jedną z ulic, a my za nim.
            -Innoperia to miasto-państwo – zaczął. –Zostało zbudowane bardzo dawno i wciąż się rozrasta, bo ludzie cały czas przekraczają granicę. Tak, to miasto tych przekraczających. Wiecie o co chodzi.
            -Będziemy tu mieszkać? – spytał Patrick.
            -Jeśli nie chcecie, nie musicie, ale nie radzę opuszczać już miasta – powiedział. –Nigdzie indziej w tym świecie nie stworzono innej cywilizacji, więc będziecie tylko chodzić w kółko. Chyba, że… no nie ważne. Innoperia jest ogromna i mieszka tu już kilkaset tysięcy ludzi. Miasto wciąż rośnie. Rozwinął się tu przemysł, gospodarka, szkolnictwo. Mamy tu wszystko, ale jak widać, do budowy używamy tylko czarnego drewna i kamienia, który wydobywany jest w północnej części miasta. Dlatego wygląda u nas jak w średniowieczu.
            -Gdzie nas pan prowadzi?
            -Do władz
            -Władz?
            -W Innoperii rządzi dwadzieścia osób, którzy tworzą coś w rodzaju parlamentu. Ich okrągły, ładny budynek znajduje się na środku miasta i tam sobie urzędują, tworząc prawo, ustanawiając podatki, zarządzając wojskiem, policję i inne tego typu rzeczy. Trzeba tam prowadzać nowych i wpisać ich do księgi ludności.
            Mężczyzna skręcił w prawo, a naszym oczom ukazała się szeroka ulica, po której bokach stały kilkupiętrowe budynki, szwendali się ludzie i jeździły wozy, które wyglądały jak rower, do którego wbudowano wielką kabinę, gdzie można było siedzieć.
            -Po co wam wojsko? Walczycie z kimś? – zapytałem.
            Mężczyzna jęknął.
            -Co? Jakie wojsko? Nie mamy wojska
            -Powiedział pan, że macie
            -Nie, nie mamy wojska – uśmiechnął się. –Mamy tylko policję
            Amanda spojrzała na mnie z zakłopotaniem.
            -A co to za pojazdy? – spytał Natan
            -To są takie jakby samochody – zaśmiał się. –Najważniejsze środki transportu w Innoperii. Wozi się nimi jedzenie, ludzi, materiały i inne takie rzeczy. Używamy ich na przykład, kiedy jeździmy po drewno, albo gdy musimy transportować kamień z północy do innych części miasta.
            Przez chwilę jeszcze szliśmy przez szeroką ulicę, będącą jedną z najważniejszych ulic w mieście, jak wytłumaczył nam mężczyzna. Potem skręciliśmy w równie szeroką, a następnie naszym oczom ukazał się wysoki, kamienny i okrągły budynek rządu Innoperyjskiego.
            -Dobra, wchodzimy – powiedział mężczyzna.
            Szybko weszliśmy do budynku przez drewniane, lecz solidne drzwi. W środku było jasno od pochodni i bardzo wszechstronnie. Po prawej stronie znajdowała się lada, za którą stała recepcjonistka. Mężczyzna nie podszedł do niej, a tylko skinął jej porozumiewawczym wzrokiem i skierował się razem z nami w kierunku kolejnych drzwi. Szybko je przekroczyliśmy. Kolejny pokój był mniejszy, lecz równie jasno oświetlony. Na środku stało niewielkie biurko, za którym siedział jakiś starzec.
            -Dzień dobry panie Heathrow – powiedział mężczyzna z radością.
            -Rother, dawno cię tu nie widziałem -  odparł tamten. –Co u ciebie przyjacielu?
            Rother pokręcił głową.
            -Obawiam się, że nie mam czasu na pogawędki – powiedział. –Mam tu kolejną czwórkę, a potem muszę wracać do pracy.        
            -No dobrze, już dobrze – zwrócił się do nas, wyciągając spod biurka wielką czarną księgę. –Podajcie mi swoje imiona i nazwiska
            -Amanda Deshe, Natan Ferby, Patrick Vetteus i Adam Hamberton – powiedziała Amanda.
            Mężczyzna chwilę pisał nasze nazwiska, po czym powiedział:
            -I tak oto ludność miasta zwiększyła się do pół miliona obywateli
            -Co może pan im zaproponować? – spytał Rother.
            -Niech pomyślę – powiedział i otworzył księgę od tyłu. –Mam pusty, czteroosobowy dom na Arre 10 – powiedział.
            -O! – niemal wykrzyknął uradowany Rother – mieszkamy na tej samej ulicy tylko dwa numery dalej. Teraz szybko was tam zaprowadzę, a po pracy, wszystko wam wytłumaczę.
           
           

6 komentarzy:

  1. no wreszcie coś nowego świetne ciesze sie i informuje że na pewno noe schodzisz na psy hehe
    polecam jeszcze blog mój i koleżanki
    /blaithinschuyleriarmagedonwproszku.blog.pl

    OdpowiedzUsuń
  2. Super! Bardzo fajny pomysł na to miasto i wgl.
    Kidy następny?

    OdpowiedzUsuń
  3. Zajebiście Ozi oby tak dalej

    OdpowiedzUsuń
  4. Banalne i do przewidzenia, kurwa. Nie popisales się. Zajebiscie nie jest i jak widać wciaz się opierdalasz. Chłopaku weź się postaraj a nie opierdalaj!
    To tylko zdrowa krytyka...
    XD
    Dobra dawaj następny, bede milszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli jest to dla ciebie banalne i do przewidzenia to 1. nie czytaj, jeśli ci się nie podoba i koniec, nie będzie problemu 2. napisz coś swojego i daj do przeczytania, zobaczymy jak ty się popiszesz 3. ja też mam obowiązki i szkołę, dlatego nie mam czasu wrzucać rozdziałów często i wypadałoby to zrozumieć 4. ustaw sobie awatar i zrób konto na Google, bo krytykować kogoś, używając przy tym wulgaryzmów, będąc anonimowym to żaden wyczyn. Chciałbym wiedzieć, kim jest ten wirtuoz klawiatury, który tak genialnie tworzy fabułę i pisze (tak, to był sarkazm, jak nie wiesz co to, to wygugluj)

      Tak, to by było chyba na tyle... Też potrafię komuś wbić...

      A teraz papa, pozdrawiam drogiego, anonimowego hejtera... Pozdro ;>

      Usuń
    2. Ahmmmm......widzę że przejęło cię to xD, podkreślam ze ty takze uzywasz wulgaryzmów.
      Pozdro ;>

      Usuń