To
się wydarzyło potem wydawało się trwać wiecznie. Nie próbowaliśmy uciekać, nie
protestowaliśmy ani się nie broniliśmy, kiedy zostaliśmy zakajdankowani i jak
więźniowie prowadzeni na piechotę do oddalonej o ponad dwa kilometry wioski
granicznej.
Podróż
zajęła nam może pół godziny, albo nie, godzinę. Nie wiem. Straciliśmy poczucie
czasu, w głowach nam szumiało, a serca waliły nam jak pneumatyczne młoty ze
strachu, jaki odczuwaliśmy, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że już tylko cud
pozwoli nam wyjść z tej beznadziejnej sytuacji. Kroczyliśmy brzegiem jeziora w
milczeniu. Bezpodstawnie głupio zrobiło mi się, kiedy szedłem wzdłuż jeziora,
odcinkiem, jaki raz już przemierzaliśmy. Miał to być pierwszy i ostatni raz.
Zacząłem
za to zastanawiać się, co powiem rodzicom, co będzie dalej i jak się to
wszystko potoczy. Bałem się nieziemsko. W głowie zacząłem już układać
przemówienie, którym przepraszałem rodziców, za to, że przysporzyłem im tyle
kłopotów. W wyobraźni znów zobaczyłem scenę w ubikacji, kiedy byłem tam po raz
ostatni. Miałem przed oczami Denverclub’a, teczkę, Amandę i wszystko inne co
się tego pamiętnego dnia wydarzyło. Nie wiedziałem, co miałem czuć.
Wioska
była z daleka mała, ale zupełnie zmieniłem o niej zdanie, kiedy tylko się do
niej zbliżyliśmy. Wieża, którą widzieliśmy z tak dużej wtedy odległości
wydawała się teraz być wielkości wieżowca w Saint Adams. Budynki były
drewniane, ulice piaszczyste, lecz ładnie oświetlone. Wszystko to wydawało się
dziwnie przestarzałe. Jakby technologia nigdy tu nie zawitała.
Do
wioski prowadziła wysoka na około trzy metry metalowa brama. Była oświetlona
dwoma znajdującymi się po bokach latarniami i już otwarta, kiedy do niej
podeszliśmy. Z perspektywy osoby trzeciej wyglądaliśmy jak niewolnicy.
-Jutro
rano zostaniecie przetransportowani do Wysokiego Sądu w Kojyv’ie – powiedział
jeden z mężczyzn. –Póki co, zostaniecie tu na kilka godzin, aż wzejdzie słońce.
„A
więc nie wszystko było jeszcze stracone” – pomyślałem – „Jeszcze uda nam się
uciec, jestem tego pewny”
Dwaj
mężczyźni poprowadzili nas do niewielkiego budynku, po prawej stronie ulicy,
którą szliśmy. Było to coś w rodzaju garażu, kurnika albo czegoś w tym rodzaju.
Do budynku prowadziły metalowe drzwi zamykane na kłódkę. Jeden z prowadzących
nas panów otworzył je kluczem i ruchem ręki nakazał nam tam wejść.
-Mamy
tu spać? – spytała Amanda po raz pierwszy od kiedy nas złapano. –Chyba panowie
żartują!
-Nie,
właź, bo znajdziemy ci gorsze lokum, w którym zostaniesz sama.
„Nie,
lepiej niech tak nie będzie, musimy być wszyscy razem” – pomyślałem.
Nic
już potem nie mówiliśmy. Do pomieszczenia za metalowymi drzwiami zostaliśmy
niemal wrzuceni siłą. Za nami leciały nasze torby. Chwała Bogu! Potem metalowe
drzwi zatrzasnęły się za nami z hukiem.
Byliśmy
zamknięci. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Gdy upewniliśmy się, że mężczyźni
poszli, zaczęliśmy rozmawiać.
-Kurwa!
– wrzasnęła Amanda. –Ja pierdolę! Jak mogli nas złapać?! Tyle planów szlag
trafił, tyle wysiłku. Jak ja do chuja spojrzę rodzicom w oczy! Jezu!
Amanda
była wściekła.
-Skończ!
– powiedziałem. –Przestań się wściekać i kląć! Musimy coś zrobić, a nie tylko
siedzieć i czekać aż nas wywiozą.
-Masz
jakiś pomysł, Hamberton?!
-Otóż
mam!
-Słucham
pana – powiedziała.
Westchnąłem.
-Powiedzieli,
że przetransportują nas jutro rano – mówiłem i równocześnie wyciągnąłem
telefon. –Jest prawie czwarta. Będą nas wieźć pewnie jakimś samochodem, albo
czymś. Dopadniemy ich jak oddalimy się odpowiednio od wioski i przejmiemy auto.
Amanda
nie była przekonana do mojego pomysłu.
-Ciekawe,
kurwa jak?
-Chloroformem!
– powiedziałem, jakbym mówił do debila.
Amanda
zmarszczyła brwi. Zastanawiała się.
-Dobra,
przepraszam – odparła. –Musimy współpracować, a nie przeklinać na siebie. Mamy
tylko ten plan, a jak nie wypali to kaplica, jesteśmy zgubieni. Dobrze myślisz.
Mając samochód będziemy mogli pojechać nim aż do granicy, nie bojąc się, że nas
złapią.
Pokiwałem
głową. Byłem szczęśliwy, że uznała mój pomysł za godny uwagi.
-Jak
tam noga? – spytała Amanda, odwracając się do Natana.
-Boli
jak chuj! – powiedział, jęcząc. –Nie wiem czy dam radę gdziekolwiek iść.
-Dlatego
pomysł z samochodem nie jest do dupy – przyznał Patrick. –Pytanie tylko, jak
daleko zdołamy nim pojechać. Prosto przez kukurydziane pola przecież nie przejedziemy.
Są pewnie jakieś okrężne drogi.
Nic
nie mówiąc, Amanda wyciągnęła ze swojej torby teczkę z mapami i innymi, nie
potrzebnymi już planami. Ze skutymi kajdankami rękoma było jej trochę ciężko.
Spojrzała na jedną z map i zastanowiła się chwilę. Wyciągnęła następnie
długopis i coś kreśliła po mapie. Potem zastanowiła się jeszcze przez chwilę.
-Dobra,
mam coś – powiedziała.
W
trzech usiedliśmy tak, żebyśmy wszyscy widzieli mapę. Księżyc oświetlał jasno
akurat miejsce na podłodze, gdzie Amanda położyła mapę.
-Spójrzcie
– rzekła, wskazując palcem na kartce. –To jedyna droga z wioski do Kojyv’u. Z
pewnością nią będą nas transportować. Żeby przejąć kontrolę nad samochodem,
musimy zrobić to w odpowiednim momencie, by być odpowiednio daleko od wioski i
odpowiednio blisko, żeby się nie zgubić. Akcja zacznie się – tak myślę – w tym
miejscu. To dwa kilometry od wioski. Jest charakterystyczne, bo to jedyny skręt
w lewo na tej tandetnej trasie.
Przytaknęliśmy.
Amanda
kontynuowała.
-Kiedy
już przejmiemy samochód – wrócimy się. Nie skręcimy jednak w prawo, na
południe, jak mieliśmy to w planie, tylko w lewo. Będzie łatwiej, bo krócej i
pewniej. Z tej strony jeziora jest asfaltowa droga. Będzie okej, bo potem
jezdnia przechodzi przez prawie sam środek kukurydzianych pól – zrobiła pauzę.
–Kiedy je miniemy, będziemy na miejscu.
Pomyślałem
chwilę. Starałem się sam przeanalizować cały
plan, który w tak niebywale krótkim czasie stworzyła Amanda. Był dobry.
-Kto
poprowadzi samochód? – zapytał nagle Natan.
Spojrzeliśmy
po sobie.
-Ja
mogę – zaproponował Patrick. –Zanim się wydałem z orientacją ojciec uczył mnie
jeździć na jednym z parkingów i szczerze przyznam, że nie szło mi najgorzej.
Uśmiechnąłem
się.
-Okej, mamy już plan – powiedziałem. –Teraz
wystarczy czekać.
Schowaliśmy
mapy, latarki i wszystko inne do toreb i zapięliśmy je dokładnie. Jeszcze raz
nasączyłem chloroformem gazy. Tak dla pewności. Dałem jedną Patrickowi, a jedną
zostawiłem sobie. Ukryliśmy je w kieszeniach spodni i we czwórkę oparliśmy się
o ścianę.
„Boże,
spraw by się udało”
Za
półtorej godziny rozległ się szczęk otwieranej kłódki. Naraz zerwaliśmy się z
miejsca.
-Dobra
smarkacze, idziemy.
Wstaliśmy.
Nazwanie nas smarkaczami nieźle wkurzyło Amandę, ale skarcona moim spojrzeniem
zachowała komentarze dla siebie.
Na
dworze było zimno i wietrznie. Słońce powoli wschodziło, więc było znacznie
jaśniej niż przed kilkoma godzinami. Podążyliśmy za mężczyznami i przeszliśmy
szybkim krokiem jedną ulicę. Dookoła nie było nikogo. O ile mieszkał tu ktoś inny
niż tylko jednostki patrolu, to z pewnością spali. Albo wyruszyli na patrol
właśnie. Z drugiej strony musiało być ich tu sporo, skoro wioska na małą nie
wyglądała.
Doszliśmy
do niewielkiej ciężarówki. Miała ze dwa metry wysokości i wyglądała trochę jak
dostawczy samochód.
Dokładnie
tak to sobie wyobrażałem.
Jeden
z mężczyzn, który nas prowadził wsiadł z kierownicę samochodu, a drugi otworzył
pakę. Wrzucił tam po kolei nasze torby i ruchem ręki nakazał wejść.
W
środku panował półmrok. Światło dochodziło tam tylko z przedniej szyby, a i
tego było mało. Drugi mężczyzna wsiadł do auta.
-I
żadnych sztuczek – powiedział. –Jak was przyłapiemy, że coś knujecie, to się
przez kolejne pięć lat nie wygrzebiecie z tej ucieczki.
Nic
nie odpowiedzieliśmy.
Samochód
ruszył.
Poczułem
dziwny ucisk w klatce piersiowej. Bałem się. Obawy znów wróciły. Zacząłem
ponownie obawiać się, że coś może nie wyjść, że coś nie wypali.
„Nie,
wszystko będzie okej” – uspokajałem się.
Mężczyzna
prowadzący samochód spojrzał na nas w lusterku.
Przysunąłem
się do Amandy.
-Nie
tylko ja i Patrick będziemy opanowywać samochód – wyszeptałem najciszej jak
tylko się dało. –Ktoś musi zatrzymać samochód. Musisz pociągnąć ręczny.
Kiwnęła
głową, że rozumie.
Czekaliśmy.
Cały
czas staraliśmy się ukradkiem wypatrywać upragnionego skrętu w lewo, przy
którym akcja miała się zacząć. Jechaliśmy wolno. To dobrze. Mieliśmy większe
szanse, że nie rozbijemy samochodu i nic sobie nie zrobimy. Mężczyźni co chwilę
spoglądali w lusterko, czy nic nie knujemy. Wsunąłem rękę do kieszeni, by
sprawdzić, czy jest tam gaza z chloroformem. Była. Czemu miałoby jej nie być?
Przez
cały czas byliśmy w niepewności. Baliśmy się cholernie, że coś może nie
wypalić. Serce waliło mi jak nie wiadomo co.
Wtem
zalała mnie fala gorąca.
Zakręt.
-Teraz!
– wrzasnęła Amanda.
Szybko
się podniosłem, wyciągając z kieszeni gazę. Patrick w tej samej chwili zrobił
to samo. Wstaliśmy. Mężczyźni nie wiedzieli, co się dzieje. Nie czekając dłużej
przycisnęliśmy gazy najmocniej jak tylko potrafiliśmy do nosa i ust każdego z
wiozących nas mężczyzn. Byłem przerażony, bo przez dobrą chwilę nic się nie
działo. Rzucali się i próbowali oderwać przyłożone im do twarzy gazy. Potem
opadli na siedzenia jak lalki.
Samochód
gwałtownie się zatrzymał.
Przez
moment nie wiedziałem co mam myśleć. Byłem oszołomiony. Daliśmy radę? Daliśmy.
Udało się. Zatrzymaliśmy i przejęliśmy samochód.
Opadałem
na ziemię, opierając się o ścianę paki i westchnąłem.
-Jezu
– powiedziała Amanda z uśmiechem i niedowierzaniem. –Kurwa, chłopaki, udało nam
się! Nam się kurwa udało.
-Mówiłem,
że się uda! – uśmiechnąłem się. –Ale nie mamy dużo czasu.
Wszyscy
dyszeliśmy ze strachu, który tak nagle przeszedł w euforię i zadowolenie.
Byliśmy szczęśliwi jak nigdy wcześniej. Znów odzyskaliśmy wiarę w siebie i
swoje możliwości.
-Dobra,
przesiadamy się na przód – rzekł Patrick.
Tył
samochodu był zamknięty, więc musieliśmy jakoś przecisnąć się na przód między
siedzeniami. Było to trochę dziwne, że między bagażnikiem a kabiną kierowcy nie
było żadnego zabezpieczenia. Patrick przecisnął się między oparciami, oparł się
o kierowcę i otworzył lewe drzwi, wypychając mężczyznę. Wysiadł z samochodu,
zniknął na chwilę, a potem otworzył tylne drzwi.
-Dzięki
– rzuciłem.
Potem
Amanda wyciągnęła za rękę drugiego mężczyznę, który runął obok samochodu jak
długi. Patrick usiadł za kierownicą, a Amanda koło niego. Ja natomiast zostałem
z Natanem z tyłu.
Patrick
westchnął.
-Dobra,
dam radę – powiedział. –Jak to było? Od lewej: sprzęgło, hamulec i gaz.
Zmienił
bieg na wsteczny i gwałtownie ruszył. Następnie samochód zaczął spokojnie
cofać.
-To
na razie przystojniaki – powiedział Patrick.
Zaśmialiśmy
się. Patrick wycofał samochód do skrętu w lewo, który był naszym punktem
odniesienia.
Patrick
jechał powoli. Nie czuł się jeszcze dostatecznie pewnie w prowadzeniu
samochodu, toteż co chwilę samochodem zarzucało. Trzymał w miarę stałą prędkość
czterdziestu kilometrów na godzinę, bo póki co droga była asfaltowa. Potem
jednak, gdy zbliżyliśmy się do wioski granicznej, nie było już tak dobrze.
Droga stała się kamienista, a potem piaszczysta i Patrick musiał zwolnic
jeszcze bardziej. Przy skręcie w lewo serca podeszły nam do gardła. Znajdował
się on nieco ponad dwa metry od brzegu jeziora i był bardzo ostry. Jeden
niewłaściwy ruch i bylibyśmy w wodzie.
Amanda
trzymała w ręku teczkę i spoglądała na mapy.
-No
– westchnęła. –To teraz już tylko prosto i jesteśmy na miejscu. Nie sądziłam,
że tak to się wszystko potoczy. Ale jest okej. Natan, jak tam noga?
-Ból
trochę zelżył, ale nadal boli. Módlmy się, by w lesie nie było nic, przed czym
trzeba będzie uciekać.
-Sprawdźcie,
czy z tyłu nie ma jakiejś apteczki – rzucił Patrick. –Powinna być.
„No
tak, mogliśmy wpaść na to wcześniej” pomyślałem.
Rozejrzałem
się dookoła. Rzeczywiście, w rogu, między siedzeniami znajdowało się białe
pudełeczko z czerwonym plusem. Sięgnąłem po nie.
-Na
skręconą kostkę coś stąd pomoże? – spytałem, kiedy otworzyłem apteczkę. Było
tam tylko kilka bandaży, gaza, plastry, nożyczki, opatrunki i woda utleniona.
Nic na skręconą kostkę, albo złamaną nogę.
-Nie
wiem, każda apteczka różni się zawartością mniej lub bardziej. Jak nic nie ma
to trudno. Natanowi trzeba usztywnić nogę. Możemy się zatrzymać i znaleźć jakiś
kij, patyk, albo małą deskę.
-Dajcie
sobie spokój. I tak już z mojego powodu nas złapali. Nie chcę, by stało się to
znowu – powiedział Natan
Amanda
odwróciła się.
-Ale
musisz jakoś chodzić
-Dam
radę
-Natan!
-Jak
będziemy przy granicy – odparł. –Jak będzie gwarancja, że nikt nas już nie
znajdzie
No i uciekli! Rozdział fajny ^_^ nie potrafisz zanudzać czytelnika ;>
OdpowiedzUsuńNiech już dojadą do tej granicy, bo mnie ciekawość zżera, co tam takiego jest!
Pozdrawiam i mam nadzieję, że szybko dodasz kolejny rozdział :D
Weny!
Tak, tak... rozdział piętnasty będzie już niedługo ^^
Usuńsuper! czekam na 15 ^^
OdpowiedzUsuń