12 maja 2013

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

No i kolejny rozdział... Myślę, że jest okej i nie schodzę z pisaniem na psy. Już niedługo wszystko się wyjaśni. To już czternasty rozdział, Wow, że mi się chciało tak pisać, lol xD Mam weny na jeszcze kilka rozdziałów, ale nie dużo czasu ^^ Pozdrawiam, proszę o komentarze, czytanie, polecanie i obserwowanie...


           


            To się wydarzyło potem wydawało się trwać wiecznie. Nie próbowaliśmy uciekać, nie protestowaliśmy ani się nie broniliśmy, kiedy zostaliśmy zakajdankowani i jak więźniowie prowadzeni na piechotę do oddalonej o ponad dwa kilometry wioski granicznej. 
            Podróż zajęła nam może pół godziny, albo nie, godzinę. Nie wiem. Straciliśmy poczucie czasu, w głowach nam szumiało, a serca waliły nam jak pneumatyczne młoty ze strachu, jaki odczuwaliśmy, kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że już tylko cud pozwoli nam wyjść z tej beznadziejnej sytuacji. Kroczyliśmy brzegiem jeziora w milczeniu. Bezpodstawnie głupio zrobiło mi się, kiedy szedłem wzdłuż jeziora, odcinkiem, jaki raz już przemierzaliśmy. Miał to być pierwszy i ostatni raz.
            Zacząłem za to zastanawiać się, co powiem rodzicom, co będzie dalej i jak się to wszystko potoczy. Bałem się nieziemsko. W głowie zacząłem już układać przemówienie, którym przepraszałem rodziców, za to, że przysporzyłem im tyle kłopotów. W wyobraźni znów zobaczyłem scenę w ubikacji, kiedy byłem tam po raz ostatni. Miałem przed oczami Denverclub’a, teczkę, Amandę i wszystko inne co się tego pamiętnego dnia wydarzyło. Nie wiedziałem, co miałem czuć.
           
            Wioska była z daleka mała, ale zupełnie zmieniłem o niej zdanie, kiedy tylko się do niej zbliżyliśmy. Wieża, którą widzieliśmy z tak dużej wtedy odległości wydawała się teraz być wielkości wieżowca w Saint Adams. Budynki były drewniane, ulice piaszczyste, lecz ładnie oświetlone. Wszystko to wydawało się dziwnie przestarzałe. Jakby technologia nigdy tu nie zawitała.
            Do wioski prowadziła wysoka na około trzy metry metalowa brama. Była oświetlona dwoma znajdującymi się po bokach latarniami i już otwarta, kiedy do niej podeszliśmy. Z perspektywy osoby trzeciej wyglądaliśmy jak niewolnicy.
            -Jutro rano zostaniecie przetransportowani do Wysokiego Sądu w Kojyv’ie – powiedział jeden z mężczyzn. –Póki co, zostaniecie tu na kilka godzin, aż wzejdzie słońce.
            „A więc nie wszystko było jeszcze stracone” – pomyślałem – „Jeszcze uda nam się uciec, jestem tego pewny”
            Dwaj mężczyźni poprowadzili nas do niewielkiego budynku, po prawej stronie ulicy, którą szliśmy. Było to coś w rodzaju garażu, kurnika albo czegoś w tym rodzaju. Do budynku prowadziły metalowe drzwi zamykane na kłódkę. Jeden z prowadzących nas panów otworzył je kluczem i ruchem ręki nakazał nam tam wejść.
            -Mamy tu spać? – spytała Amanda po raz pierwszy od kiedy nas złapano. –Chyba panowie żartują!
            -Nie, właź, bo znajdziemy ci gorsze lokum, w którym zostaniesz sama.
            „Nie, lepiej niech tak nie będzie, musimy być wszyscy razem” – pomyślałem.
            Nic już potem nie mówiliśmy. Do pomieszczenia za metalowymi drzwiami zostaliśmy niemal wrzuceni siłą. Za nami leciały nasze torby. Chwała Bogu! Potem metalowe drzwi zatrzasnęły się za nami z hukiem.
            Byliśmy zamknięci. Przez chwilę nikt nic nie mówił. Gdy upewniliśmy się, że mężczyźni poszli, zaczęliśmy rozmawiać.
            -Kurwa! – wrzasnęła Amanda. –Ja pierdolę! Jak mogli nas złapać?! Tyle planów szlag trafił, tyle wysiłku. Jak ja do chuja spojrzę rodzicom w oczy! Jezu!
            Amanda była wściekła.
            -Skończ! – powiedziałem. –Przestań się wściekać i kląć! Musimy coś zrobić, a nie tylko siedzieć i czekać aż nas wywiozą.
            -Masz jakiś pomysł, Hamberton?!
            -Otóż mam!
            -Słucham pana – powiedziała.
            Westchnąłem.
            -Powiedzieli, że przetransportują nas jutro rano – mówiłem i równocześnie wyciągnąłem telefon. –Jest prawie czwarta. Będą nas wieźć pewnie jakimś samochodem, albo czymś. Dopadniemy ich jak oddalimy się odpowiednio od wioski i przejmiemy auto.
            Amanda nie była przekonana do mojego pomysłu.
            -Ciekawe, kurwa jak?
            -Chloroformem! – powiedziałem, jakbym mówił do debila.
            Amanda zmarszczyła brwi. Zastanawiała się.
            -Dobra, przepraszam – odparła. –Musimy współpracować, a nie przeklinać na siebie. Mamy tylko ten plan, a jak nie wypali to kaplica, jesteśmy zgubieni. Dobrze myślisz. Mając samochód będziemy mogli pojechać nim aż do granicy, nie bojąc się, że nas złapią.
            Pokiwałem głową. Byłem szczęśliwy, że uznała mój pomysł za godny uwagi.
            -Jak tam noga? – spytała Amanda, odwracając się do Natana.
            -Boli jak chuj! – powiedział, jęcząc. –Nie wiem czy dam radę gdziekolwiek iść.
            -Dlatego pomysł z samochodem nie jest do dupy – przyznał Patrick. –Pytanie tylko, jak daleko zdołamy nim pojechać. Prosto przez kukurydziane pola przecież nie przejedziemy. Są pewnie jakieś okrężne drogi.
            Nic nie mówiąc, Amanda wyciągnęła ze swojej torby teczkę z mapami i innymi, nie potrzebnymi już planami. Ze skutymi kajdankami rękoma było jej trochę ciężko. Spojrzała na jedną z map i zastanowiła się chwilę. Wyciągnęła następnie długopis i coś kreśliła po mapie. Potem zastanowiła się jeszcze przez chwilę.
            -Dobra, mam coś – powiedziała.
            W trzech usiedliśmy tak, żebyśmy wszyscy widzieli mapę. Księżyc oświetlał jasno akurat miejsce na podłodze, gdzie Amanda położyła mapę.
            -Spójrzcie – rzekła, wskazując palcem na kartce. –To jedyna droga z wioski do Kojyv’u. Z pewnością nią będą nas transportować. Żeby przejąć kontrolę nad samochodem, musimy zrobić to w odpowiednim momencie, by być odpowiednio daleko od wioski i odpowiednio blisko, żeby się nie zgubić. Akcja zacznie się – tak myślę – w tym miejscu. To dwa kilometry od wioski. Jest charakterystyczne, bo to jedyny skręt w lewo na tej tandetnej trasie.
            Przytaknęliśmy.
            Amanda kontynuowała.
            -Kiedy już przejmiemy samochód – wrócimy się. Nie skręcimy jednak w prawo, na południe, jak mieliśmy to w planie, tylko w lewo. Będzie łatwiej, bo krócej i pewniej. Z tej strony jeziora jest asfaltowa droga. Będzie okej, bo potem jezdnia przechodzi przez prawie sam środek kukurydzianych pól – zrobiła pauzę. –Kiedy je miniemy, będziemy na miejscu.
            Pomyślałem chwilę. Starałem się sam przeanalizować cały  plan, który w tak niebywale krótkim czasie stworzyła Amanda. Był dobry.
            -Kto poprowadzi samochód? – zapytał nagle Natan.
            Spojrzeliśmy po sobie.
            -Ja mogę – zaproponował Patrick. –Zanim się wydałem z orientacją ojciec uczył mnie jeździć na jednym z parkingów i szczerze przyznam, że nie szło mi najgorzej.
            Uśmiechnąłem się.
             -Okej, mamy już plan – powiedziałem. –Teraz wystarczy czekać.
            Schowaliśmy mapy, latarki i wszystko inne do toreb i zapięliśmy je dokładnie. Jeszcze raz nasączyłem chloroformem gazy. Tak dla pewności. Dałem jedną Patrickowi, a jedną zostawiłem sobie. Ukryliśmy je w kieszeniach spodni i we czwórkę oparliśmy się o ścianę.
            „Boże, spraw by się udało”
           
            Za półtorej godziny rozległ się szczęk otwieranej kłódki. Naraz zerwaliśmy się z miejsca.
            -Dobra smarkacze, idziemy.
            Wstaliśmy. Nazwanie nas smarkaczami nieźle wkurzyło Amandę, ale skarcona moim spojrzeniem zachowała komentarze dla siebie.
            Na dworze było zimno i wietrznie. Słońce powoli wschodziło, więc było znacznie jaśniej niż przed kilkoma godzinami. Podążyliśmy za mężczyznami i przeszliśmy szybkim krokiem jedną ulicę. Dookoła nie było nikogo. O ile mieszkał tu ktoś inny niż tylko jednostki patrolu, to z pewnością spali. Albo wyruszyli na patrol właśnie. Z drugiej strony musiało być ich tu sporo, skoro wioska na małą nie wyglądała.
            Doszliśmy do niewielkiej ciężarówki. Miała ze dwa metry wysokości i wyglądała trochę jak dostawczy samochód.
            Dokładnie tak to sobie wyobrażałem.
            Jeden z mężczyzn, który nas prowadził wsiadł z kierownicę samochodu, a drugi otworzył pakę. Wrzucił tam po kolei nasze torby i ruchem ręki nakazał wejść.
            W środku panował półmrok. Światło dochodziło tam tylko z przedniej szyby, a i tego było mało. Drugi mężczyzna wsiadł do auta.
            -I żadnych sztuczek – powiedział. –Jak was przyłapiemy, że coś knujecie, to się przez kolejne pięć lat nie wygrzebiecie z tej ucieczki.
            Nic nie odpowiedzieliśmy.
            Samochód ruszył.      
            Poczułem dziwny ucisk w klatce piersiowej. Bałem się. Obawy znów wróciły. Zacząłem ponownie obawiać się, że coś może nie wyjść, że coś nie wypali.
            „Nie, wszystko będzie okej” – uspokajałem się.
            Mężczyzna prowadzący samochód spojrzał na nas w lusterku.
            Przysunąłem się do Amandy.
            -Nie tylko ja i Patrick będziemy opanowywać samochód – wyszeptałem najciszej jak tylko się dało. –Ktoś musi zatrzymać samochód. Musisz pociągnąć ręczny.
            Kiwnęła głową, że rozumie.
            Czekaliśmy.
            Cały czas staraliśmy się ukradkiem wypatrywać upragnionego skrętu w lewo, przy którym akcja miała się zacząć. Jechaliśmy wolno. To dobrze. Mieliśmy większe szanse, że nie rozbijemy samochodu i nic sobie nie zrobimy. Mężczyźni co chwilę spoglądali w lusterko, czy nic nie knujemy. Wsunąłem rękę do kieszeni, by sprawdzić, czy jest tam gaza z chloroformem. Była. Czemu miałoby jej nie być?
            Przez cały czas byliśmy w niepewności. Baliśmy się cholernie, że coś może nie wypalić. Serce waliło mi jak nie wiadomo co.
            Wtem zalała mnie fala gorąca.
            Zakręt.
            -Teraz! – wrzasnęła Amanda.
            Szybko się podniosłem, wyciągając z kieszeni gazę. Patrick w tej samej chwili zrobił to samo. Wstaliśmy. Mężczyźni nie wiedzieli, co się dzieje. Nie czekając dłużej przycisnęliśmy gazy najmocniej jak tylko potrafiliśmy do nosa i ust każdego z wiozących nas mężczyzn. Byłem przerażony, bo przez dobrą chwilę nic się nie działo. Rzucali się i próbowali oderwać przyłożone im do twarzy gazy. Potem opadli na siedzenia jak lalki.
            Samochód gwałtownie się zatrzymał.
            Przez moment nie wiedziałem co mam myśleć. Byłem oszołomiony. Daliśmy radę? Daliśmy. Udało się. Zatrzymaliśmy i przejęliśmy samochód.
            Opadałem na ziemię, opierając się o ścianę paki i westchnąłem.
            -Jezu – powiedziała Amanda z uśmiechem i niedowierzaniem. –Kurwa, chłopaki, udało nam się! Nam się kurwa udało.
            -Mówiłem, że się uda! – uśmiechnąłem się. –Ale nie mamy dużo czasu.
            Wszyscy dyszeliśmy ze strachu, który tak nagle przeszedł w euforię i zadowolenie. Byliśmy szczęśliwi jak nigdy wcześniej. Znów odzyskaliśmy wiarę w siebie i swoje możliwości.
            -Dobra, przesiadamy się na przód – rzekł Patrick.
            Tył samochodu był zamknięty, więc musieliśmy jakoś przecisnąć się na przód między siedzeniami. Było to trochę dziwne, że między bagażnikiem a kabiną kierowcy nie było żadnego zabezpieczenia. Patrick przecisnął się między oparciami, oparł się o kierowcę i otworzył lewe drzwi, wypychając mężczyznę. Wysiadł z samochodu, zniknął na chwilę, a potem otworzył tylne drzwi.
            -Dzięki – rzuciłem.
            Potem Amanda wyciągnęła za rękę drugiego mężczyznę, który runął obok samochodu jak długi. Patrick usiadł za kierownicą, a Amanda koło niego. Ja natomiast zostałem z Natanem z tyłu.
            Patrick westchnął.
            -Dobra, dam radę – powiedział. –Jak to było? Od lewej: sprzęgło, hamulec i gaz.
            Zmienił bieg na wsteczny i gwałtownie ruszył. Następnie samochód zaczął spokojnie cofać.
            -To na razie przystojniaki – powiedział Patrick.
            Zaśmialiśmy się. Patrick wycofał samochód do skrętu w lewo, który był naszym punktem odniesienia.

            Patrick jechał powoli. Nie czuł się jeszcze dostatecznie pewnie w prowadzeniu samochodu, toteż co chwilę samochodem zarzucało. Trzymał w miarę stałą prędkość czterdziestu kilometrów na godzinę, bo póki co droga była asfaltowa. Potem jednak, gdy zbliżyliśmy się do wioski granicznej, nie było już tak dobrze. Droga stała się kamienista, a potem piaszczysta i Patrick musiał zwolnic jeszcze bardziej. Przy skręcie w lewo serca podeszły nam do gardła. Znajdował się on nieco ponad dwa metry od brzegu jeziora i był bardzo ostry. Jeden niewłaściwy ruch i bylibyśmy w wodzie.
            Amanda trzymała w ręku teczkę i spoglądała na mapy.
            -No – westchnęła. –To teraz już tylko prosto i jesteśmy na miejscu. Nie sądziłam, że tak to się wszystko potoczy. Ale jest okej. Natan, jak tam noga?
            -Ból trochę zelżył, ale nadal boli. Módlmy się, by w lesie nie było nic, przed czym trzeba będzie uciekać.
            -Sprawdźcie, czy z tyłu nie ma jakiejś apteczki – rzucił Patrick. –Powinna być.
            „No tak, mogliśmy wpaść na to wcześniej” pomyślałem.
            Rozejrzałem się dookoła. Rzeczywiście, w rogu, między siedzeniami znajdowało się białe pudełeczko z czerwonym plusem. Sięgnąłem po nie.
            -Na skręconą kostkę coś stąd pomoże? – spytałem, kiedy otworzyłem apteczkę. Było tam tylko kilka bandaży, gaza, plastry, nożyczki, opatrunki i woda utleniona. Nic na skręconą kostkę, albo złamaną nogę.
            -Nie wiem, każda apteczka różni się zawartością mniej lub bardziej. Jak nic nie ma to trudno. Natanowi trzeba usztywnić nogę. Możemy się zatrzymać i znaleźć jakiś kij, patyk, albo małą deskę.
            -Dajcie sobie spokój. I tak już z mojego powodu nas złapali. Nie chcę, by stało się to znowu – powiedział Natan
            Amanda odwróciła się.
            -Ale musisz jakoś chodzić
            -Dam radę
            -Natan!
            -Jak będziemy przy granicy – odparł. –Jak będzie gwarancja, że nikt nas już nie znajdzie

3 komentarze:

  1. No i uciekli! Rozdział fajny ^_^ nie potrafisz zanudzać czytelnika ;>
    Niech już dojadą do tej granicy, bo mnie ciekawość zżera, co tam takiego jest!
    Pozdrawiam i mam nadzieję, że szybko dodasz kolejny rozdział :D
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak... rozdział piętnasty będzie już niedługo ^^

      Usuń
  2. super! czekam na 15 ^^

    OdpowiedzUsuń