09 maja 2013

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Hahaaaa... Here I am! Dobra, dobra, nie bijcie, miało być w piątek, ale jest w czwartek, bo skończyłem wcześniej! xD Ale to chyba dobrze. Mam nadzieję, że się spodoba. Po weekendzie będzie prawdopodobnie kolejny. Nie wiem, poniedziałek, wtorek najpóźniej w środę, bo muszę trochę rzeczy poprawić z polskiego. Jakby ta babka nie mogła przeczytać bloga i dać mi na koniec 5 z góry xD A tak mam 3 ^^ Dobra, czytajcie. Ja się postarałem, to teraz wy się postarajcie i napiszcie dłuuuugie komentarze pochwał i krytyki, bo ja kocham komentarze. Polecajcie, o ile się wciąż podoba...
Rozdział dedykuję Matiemu... nie wiem, tak sobie, żeby miał zaciesz, bo mnie pochwalił w szkole, że fajnie piszę ^^ Dobra, dobra! Czytać i komentować xD Ozi Was wszystkich kocha! :P



            Pierwszym, co według planu, musieliśmy zrobić, było przejście przez jeszcze ciągnące się przez kilka kilometrów zabudowania Kojyv’u. Było to duże miasto, gdzie od centrum do obrzeży miasta szło się na piechotę niemal cały dzień. Było to nic w porównaniu z Saint Adams, gdzie zajęłoby to dodatkowo jeszcze noc. Tam jednak można było niemało pozwiedzać. Budynki były tam nowoczesne, projektowane przez wybitnych architektów i przyciągające wzrok. W Kojyv’ie było podobnie, lecz tylko w centrum i pobliskich dzielnicach. Obrzeża, którymi właśnie szliśmy, były monotonne, budynki szare i tandetne. Zupełnie jakby robione były na ilość, a nie na jakość. W Kojyv’ie mieszkało dużo osób, choć wydawałoby się, że powinno się wyludnić.
            Przez odgłosy.
            Przeszkadzały, co prawda, tylko raz w miesiącu przez trzy dni, tylko w nocy, ale potrafiły skutecznie przestraszyć nie jednego tchórza. Im dalej od miasta się znajdowaliśmy, tym głosy były intensywniejsze. Przeraźliwe krzyki, żałosne jęki cierpiących ludzi oraz inne przerażające dźwięki, których nie dało się rozpoznać, a które przy szarej scenerii osiedla, wprawiały człowieka nie tyle w przerażenie, co w poczucie beznadziei.
            Słysząc te dźwięki, człowiekowi odechciewało się żyć.
            -Musimy rozmawiać – powiedziała Amanda, niemal płacząc. –Nie możemy dać się zwieść.
            Była noc. Wyrwani ze snu, zmęczeni i otoczeni przerażającymi dźwiękami, które wdzierały się do naszych wnętrz, kompletnie je pustosząc, szliśmy jak zombie.
            -Niech to się skończy! – powiedział zdesperowanym głosem Patrick. –Kurwa!
            Przeszliśmy pod tandetnie ozdobionym graffiti mostem. Nad nami przejechał jakiś pociąg, obok nas jakieś małe autko. Po bokach stały gołe już drzewa, które jeszcze bardziej wprawiały nas w ponury nastrój. Potem szliśmy już w milczeniu, tylko próbując oderwać się myślami od przerażających dźwięków, które nieznacznie, lecz stopniowo stawały się intensywniejsze, w miarę, gdy drzew stawało się coraz więcej, a osiedle i zabudowania powoli znikały.
            W końcu minęliśmy je. Zostały już tylko drzewa.
            Zrobiło się jeszcze ciemniej.
            Amanda płakała, reszta była na skraju płaczu – ja również. Z trudem się powstrzymywaliśmy, ale odgłosy, w kierunku których szliśmy, były najgorszym, co do tej pory nas spotkało. Nikt nie chciał się do tego przyznać, ale w duchu chcieliśmy natychmiast zawrócić z powrotem do domu babci Patricka, a potem do domu. Na krótkie momenty zapominaliśmy o szkole, rodzicach, tym co nas spotkało, Denverclub’ie i innych rzeczach. Nagle wszystko straciło sens, nie wiedzieliśmy po co w ogóle idziemy.
            Chcieliśmy wracać.
            Ale nie wróciliśmy.
            Szliśmy dalej. Każdy z nas, niosąc swój bagaż, który zawierał zawsze trochę rzeczy innej osoby. Torby nie były ciężkie, ale nieco przeszkadzały.       
            -Odpocznijmy – powiedziałem po długim zastanowieniu, czy to zaproponować.
            Amanda spojrzała na mnie. Twarz miała zrozpaczoną.
            -Dobrze – zgodziła się.
            Więcej nic nie mówiliśmy. Usiedliśmy w ciemnym lesie pod jednym z drzew i po prostu czekaliśmy, próbując odgonić od siebie jakoś dźwięki. Staraliśmy się myśleć o czym innym.
            -Zaraz zaczną się kukurydziane pola – powiedział Natan. –Mamy o tyle szczęścia, że jest ciemno i trudno będzie nas zobaczyć. Jeśli ktoś wpadnie na nasz trop, będziemy mogli wcześnie zauważyć światła latarek, albo wież, które zazwyczaj rozświetlają okolicę wiosek granicznych.
            -Nie jest przypadkiem tak, że w nocy patrolują okolicę trochę bardziej intensywnie? – spytałem.
            -Racja – powiedział Patrick bez entuzjazmu. –Nie są chyba debilami. Domyślą się, że najwięcej osób ucieka nocą. Cholera, oni już to wiedzą – potarł obiema rękami twarz. –Czuję się beznadziejnie.
            Nie tylko on się tak czuł.
            -Muzyka dobrze nam zrobi – powiedział Natan, grzebiąc w swojej torbie. –Pozwoli nam pomyśleć o czym innym. Puścimy cicho, żeby nas nikt nie usłyszał.
            Po chwili Natan wyciągnął z torby małe radio. Wyciągnął antenę, która długa była na niemal pół metra i nastawił stację, która w miarę dobrze odbierała. Leciała jakaś muzyka, chyba jakiś pop-rock. Nie wiem, nie próbowałem zbytnio rozpoznać gatunku. Było tam trochę gry na gitarze, jakaś perkusja i sympatyczny głos jakiegoś mężczyzny.
            You don’t have to worry
            It all can change
            There is not too late
            You can get back
            I wtedy jakby coś się stało. Co prawda nadal siedzieliśmy pod drzewem, ale w jednym momencie wszyscy spojrzeliśmy to na radio, to na siebie, myśląc tylko o jednym.
            When you feel you are lost
            And all that happened was the worst
            Think about that you can loose
            Look behind dear, baby look
            -Nie! – wrzasnęła Amanda, wyrywając Natanowi radio z rąk. Natychmiast zmieniła stację. W głośnikach rozbrzmiała inna piosenka. Już nie wsłuchiwaliśmy się w słowa. Wstaliśmy i zaczęliśmy iść teraz już piaszczystą ścieżką przed siebie, w głąb lasu, w kierunku granicy, którą stanowił również las.
            Szliśmy w kierunku krzyków i jęków. Zastanawiałem się, czy i nie my zaczniemy krzyczeć tam podobnie.

            Pola kukurydziane zaczęły się nagle, znienacka, tak zupełnie bez zapowiedzi. Mógłbym powiedzieć, gwałtownie, bo gdy tylko drzewa zaczęły być porozmieszczane znacznie rzadziej przed nami jak spod ziemi wyrosła piaszczysta droga równolegle do nas, a zaraz za nią niczym ściana stały wysokie na niemal dwa metry kukurydziane pale. Były nieco podgnite, niektóre były przekrzywione, inne całkiem złamane. Część z nich jeszcze stała. Odstęp między nimi wynosił, na oko, nie więcej jak trzy czwarte metra.
            Amanda trzymała w rękach mapę. Chwilę na nią spojrzała, a potem odwróciła na drugą stronę, gdzie poszczególne wycinki map były powiększone do tego stopnia, że widać było pojedyncze budynki.
            -Za ile kilometrów przejdziemy te pola? – zapytałem.
            -Są trzy kilometry pól, o ile dobrze pamiętam – odparła. –Jeszcze raz przypomnę: potem mamy jeziorko, nad którego północnym brzegiem znajduje się osada graniczna. Północ jest po naszej lewej. Potem mamy most, ale jak tam przejść – nie wiem, będziemy musieli improwizować. Drogę i tak mamy dłuższą, bo obchodzimy jezioro dookoła – zrobiła pauzę i spojrzała na zegarek. –Jest druga – powiedziała – myślę, że w trzy godziny się wyrobimy.
            Tym razem nie słuchało się nam tego już z zainteresowaniem. Dźwięki co prawda ucichły, lecz w głowach i tak szumiało nam niemiłosiernie i nie wiedzieliśmy, co mamy ze sobą zrobić. Ekscytacja już minęła. Nikt tego nie przyznał, ale szliśmy, bo musieliśmy.
            Po chwili zagłębiliśmy się w polu kukurydzy. Szliśmy tak bez słowa, a opadnięte już niemal liście muskały nas to po ręce, to po nogach. Było zimno, a z mojego punktu widzenia, zimniej cały czas się robiło. Kiedy wychodziliśmy z domu babci Patricka, założona przeze mnie koszulka, na to bluza i w końcu kurtka wystarczały. Teraz zimno wdzierało mi się pod kurtkę. Zacieśniłem ściągacze, by temu zapobiec, a potem już tylko pogrążony w różnorakich myślach szedłem, milcząc.

            Przez całą drogę, kiedy przemierzaliśmy pole kukurydzy, które na pierwszy rzut oka zdawało się nie mieć końca, nie odzywaliśmy się niemal wcale. Ktoś co jakiś czas mrukną „O, Jezu”, albo „Ja pierdolę”, kiedy wdepnął w jakieś błoto, albo musiał się wysilić i podnieść nogę, bo połamana kukurydza zagradzała nam drogę. Dziwnie nie chciało nam się ze sobą rozmawiać, chociaż równie dobrze moglibyśmy wesoło zastanawiać się cóż za piękne istoty mogliśmy spotkać w lesie. Może to się wydawać niedorzeczne, ale scenariuszy było już naprawdę dużo, przynajmniej w mojej głowie. W grę wchodziły nawet wróżki, jednorożce, centaury, smoki i inne baśniowe stworzenia, w które tak złudnie wierzymy. To okrutne, bo potem okazuje się, że czegoś takiego jak jednorożec nie ma i zastanawiasz się co masz zrobić ze swoim życiem.
            Próbowałem odgonić od siebie złe myśli, dlatego myślałem o czym innym. Wymyślałem śmieszne i równocześnie głupie historyjki w głowie, byle nie rozmyślać o całej tej beznadziejnej sytuacji w której się obecnie znajdowaliśmy.
            Po prawie pół godzinie szybkiego marszu wśród zielonobrązowych kukurydzianych „badyli” doszliśmy do ich kresu, gdzie znajdowała się niewielka polana. Jakieś kilkanaście metrów od nich znajdowało się jezioro. Było ono spokojne. Lekki wiatr nieco marszczył powierzchnię wody, co wyglądało bardzo ładnie. Można się było zakochać.
            Spojrzałem w lewo.
            W oddali zauważyłem jakieś światła, wieżę i kilka małych, z daleka szarożółtych budynków. Była to osada graniczna, o której wspominała Amanda. Nieco utopiona we mgle, ledwie widzialna, lecz rozświetlona jak centrum Saint Adams.
            -Dobrze, chodźmy – powiedziała Amanda. –zanim ktoś z osady wpadnie na pomysł zrobienia sobie rundki dookoła jeziorka. Tu i tak pewnie chodzi pełno ludzi i lada chwila nas zauważą.
            Poszliśmy więc. Skierowaliśmy się na prawo i kroczyliśmy gdzieniegdzie kamienistym brzegiem spokojnego jeziora. Nie było takie jak wszystkie. Coś mi się w nim nie podobało. Nie potrafiłem jednak powiedzieć, co.
            Potem pojawiło się kilka drzewek. Obrastały one brzeg jeziora w odległości kilku metrów. Nadal się do siebie nie odzywaliśmy, ale nie dlatego, że przestaliśmy się lubić, tylko byliśmy najzwyczajniej zdołowani. Kiedy człowiek jest zdołowany, nie chce rozmawiać z nikim, chce zostać sam i zamknąć się w sobie do momentu aż mu nie przejdzie i wypłakać się możliwie najbardziej jak tylko się da. Odgłosy ucichły, ale gdzieś w duchu byliśmy pewni, że wrócą. Baliśmy się ich.          
            Zaledwie po godzinie marszu, poczuliśmy zmęczenie i głód. Niemal równocześnie.
            -Dobra, odpoczywamy. Plan i tak szlag trafił, więc możemy robić co chcemy. We’re fucking immortal – powiedziała Amanda wyraźnie zmęczona.
            Wybraliśmy jakieś drzewo i usadowiliśmy się przy nim, siedząc każdy w inną stronę świata. Ja patrzyłem na północ – w stronę wioski.
            Otworzyliśmy plecak Patricka, gdzie włożyliśmy niemal całe jedzenie, jakie mieliśmy. Nie wiem jak u reszty, ale widok tego, co zabrałem z domu dziwnie mi o nim przypomniał. Przez chwilę wpatrywałem się w rzucony od tak do plecaka jogurt do picia. Potem otworzyłem go i pociągnąłem duży łyk, żebym nie wyszedł na wariata. Inni też zaczęli jeść.
            Siedzieliśmy pod drzewem już jakieś pięć minut. Co chwila, chcąc być uprzejmym i jakoś się reszcie przypodobać, każdy z nas wyrażał chęć podzielenia się z resztą jedzeniem. Patrick w plecaku miał nawet pieczone ziemniaki, które od dawna były już zimne i nie dobre. Przez chwilę się śmialiśmy, bo jeszcze kilka dziwnych rzeczy z plecaka wyciągnął. Miał nawet ugotowany makaron w słoiku.
            Patrick był fajny. Dlaczego wszyscy patrzą na ludzi tylko powierzchownie? Jego inność wystarczała ludziom, by go znienawidzić.  Nie rozumiałem tego. Przez chwilę potem zastanawiałem się, jak ślepi często są ludzie.
            Potem opowiadaliśmy sobie jakieś żarty. W takim gronie zapomnieliśmy o dźwiękach, jakie nie dawały nam spokoju. Śmiejąc się z samych siebie znów mieliśmy ochotę do dalszej wędrówki, zaczęliśmy to traktować jak przygodę. Z głów wypadło nam kompletnie, że to droga bez powrotu, że to prawdopodobnie droga na stracenie. Zapomnieliśmy o wszystkim. Czuliśmy się jak rodzina.
            Potem zaczęliśmy się pakować. Szybko pozbieraliśmy papierki, które walały się dookoła nas. Powrzucaliśmy je do torby Patricka, i…
            …usłyszeliśmy czyjeś rozmowy.
            Włosy stanęły mi dęba. Przez chwilę przestałem się ruszać i tylko wpatrywałem się w stronę wioski. W pewnym momencie odniosłem wrażenie jakby kilkadziesiąt metrów od nas poruszyła się jedna z kukurydzianych łodyg. Potem następna i następna.
            Coraz bliżej.
            Stalibyśmy nieruchomo jeszcze jakieś kilka minut, gdyby nie Amanda.
            -Dobra, spieprzamy – powiedziała i szybko założyła torbę na plecy.
            Szybko pozbierałem resztę rzeczy i zrobiłem to samo. Spojrzałem na Amandę. Ruszyła ona w stronę brzegu jeziora i zaczęła niemal na palcach biec wzdłuż niego. Potem Patrick, ja, a następnie Natan. Biegliśmy tak cicho, jak tylko było to możliwe. Okrągły, rozświetlony księżyc rzucał srebrne światło na jezioro. Pięknie to wyglądało, ale nie było ani sekundy, by na nie dłużej popatrzeć.          
            Biegliśmy tak szybko jak potrafiliśmy. Co chwila odwracałem się za siebie. Zauważyłem, że między kukurydzianymi łodygami coś zaświeciło. Latarka. Wbiegliśmy do jakiegoś lasku. Był rzadki, ale idąc wzdłuż brzegu co chwila zauważało się zmianę gęstości drzew. Raz było ich mało, raz dużo, a raz wcale ich nie było. Lasek stawał się powoli coraz gęstszy. Było ciemno, a latarkę zostawiłem w torbie Natana. Dotychczas drogę rozświetlał nam księżyc. Boże, jakie to było głupie.
            Zatrzymaliśmy się po chwili. Z dwóch powodów: byliśmy zmęczeni i widzieliśmy coraz mniej. Na ostatnim odcinku potknąłem się o korzenie kilka razy. Głosy za nami ucichły. Ciężko dyszeliśmy.
            -Boże… - wydyszał Patrick. –Ale masakra.
            Spojrzałem na niego i pokiwałem głową.
            -Musimy iść dalej – powiedziała Amanda. –Musimy oddalić się jak najbardziej, jak tylko się da… Nie mogą nas złapać.
            Przez chwilę jakbym znowu coś usłyszał. Spojrzałem w tył i wpatrywałem się w nicość.
            -Dobra, idziemy! – powiedziała Amanda.
            Ponownie ruszyliśmy przed siebie. Zanim jednak to zrobiliśmy, wyciągnąłem z torby Natana latarki. Były tylko dwie, więc dobraliśmy się w pary. Ja z Patrickiem i Amanda z Natanem. Szliśmy szybko, jedna para za drugą, najciszej jak tylko się dało. Co chwilę jednak wdeptywaliśmy w coś i rozlegał się trzask.
            Wtem stanęliśmy jak wryci.
            Ktoś szedł naprzeciwko nas!
            Serca zaczęły walić nam jak nigdy dotąd. Teraz już nie uda nam się uciec! Jesteśmy straceni.
            Rozległ się krzyk! Czyjeś wołanie. Jakiś mężczyzna przed nami zaczął krzyczeć i biec w naszą stronę. Boże!
            Amanda znów wykazała się opanowaniem. Pociągnęła Natana za sobą, a Patrick, wyczuwszy co się dzieje, pociągnął mnie za kurtkę.
            Skręciliśmy w prawo.
            Zboczyliśmy ze ścieżki i zaczęliśmy ile sił w nogach mknąc między drzewami slalomem. Gałęzie strzelały nam pod nogami jak na wojnie. Co chwilę potykaliśmy się o korzenie, kamienie inne dziwne rzeczy w lesie. Straciliśmy orientację w terenie. Nie wiedzieliśmy gdzie biegniemy.
            -Stójcie! – zawołał mężczyzna, biegnąc za nami z latarką. Zdałem sobie sprawę, że biegnie ich dwóch.
            Potknąłem się i mało nie przewróciłem. Zachwiałem, ale zaraz się opanowałem. Próbowałem myśleć trzeźwo, ale było to niesamowicie trudne. Jedynym, czego teraz się bałem to kolki, tego, że go nie zgubimy, albo…
            Ktoś jęknął.
            Natan!
            Przewrócił się!
            Zablokował nas. Przestaliśmy biec. Amanda próbowała pomóc mu wstać, ale po odgłosach, jakie wydawał, dało się poznać, że zranił się nie na żarty. Boże, Natan wstawaj!
            Pomogłem im. Patrick też. Wziąłem torbę Natana na plecy, a Amanda i Patrick podnieśli go.
            -Chy… chyba coś złamałem – powiedział, łkając.
            -Natan, musimy uciekać, dasz  radę, chodź!
            -Idźcie beze mnie! – powiedział.
            -Nie, nikt cię tu nie zostawi! – wrzasnęła.
            Chciałem spojrzeć za siebie, ale nie było na to czasu. Amanda z Patrickiem podparli Natana na ramionach, a ten skakał na jednej nodze na przód. Byliśmy niemal dwa razy wolniejsi. Światło latarki było coraz bliżej. Dyszeliśmy i byliśmy zmęczeni.
            -Stop! – krzyknąłem.
            Zatrzymaliśmy się.
            -Adam, musimy biec! – powiedziała Amanda.
            -Nie – odparłem –Nie damy rady!
            -Damy, chodź!
            -Złapią nas, debilu!
            -Jesteśmy zmęczeni, oni są szybsi, jeszcze Natan – powiedziałem. –Musimy działać inaczej. Zgubiliśmy drogę, jesteśmy w jakimś lesie. Przebiegliśmy już dużo. Nas jest czworo. Stawimy im czoła. Dłużej biegnąc nie damy rady.
            Amanda przełknęła ślinę. Była zła i przerażona równocześnie. Nie wiedziałem czy robię dobrze, jednak pewnym było, że długo już tak nie pociągniemy.
            -Dobra, robimy tak – powiedziałem. –Dajemy się złapać. Zaprowadzą nas zapewne do pobliskiej wioski granicznej. Mamy chloroform. Jakoś uciekniemy. Transportować pewnie zechce im się dopiero rano. Zwiejemy stamtąd nocą. Jakoś damy radę. Mamy przynajmniej większe szanse niż biegnąc.
            Zrzuciłem z siebie torbę. Pogrzebałem w niej i wyciągnąłem nasączoną chloroformem szmatkę i wsunąłem ją w spodnie. Patrick zrobił to samo z latarkami i telefonami.
            Mężczyźni wreszcie nas dogonili. 

6 komentarzy:

  1. znów takie zakończenie... w szkole cie uduszenie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział świetny ^_^
    Te dźwięki na samym początku... ja bym chyba zwariowała
    Musisz tak urywać? Pisz szybko kolejny rozdział!
    Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy :>
    Weny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tak, trafiłem na ogromne złoże weny w mojej głowie... W nocy wykminiłem dalszą fabułę, więc już w weekend, ba!, albo jeszcze dzisiaj będzie co czytać! :D Idę wydobywać wenę ^^

      Usuń
  3. świetne tyle czekałam ale sie opłaciło (na szczęście) życze DUUUUUUUUUŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻO weny

    OdpowiedzUsuń
  4. nareeeszcie ! dziękuje :3
    warto było czekać :)

    OdpowiedzUsuń