Rozdział dedykuję Matiemu... nie wiem, tak sobie, żeby miał zaciesz, bo mnie pochwalił w szkole, że fajnie piszę ^^ Dobra, dobra! Czytać i komentować xD Ozi Was wszystkich kocha! :P
Pierwszym,
co według planu, musieliśmy zrobić, było przejście przez jeszcze ciągnące się
przez kilka kilometrów zabudowania Kojyv’u. Było to duże miasto, gdzie od
centrum do obrzeży miasta szło się na piechotę niemal cały dzień. Było to nic w
porównaniu z Saint Adams, gdzie zajęłoby to dodatkowo jeszcze noc. Tam jednak
można było niemało pozwiedzać. Budynki były tam nowoczesne, projektowane przez
wybitnych architektów i przyciągające wzrok. W Kojyv’ie było podobnie, lecz
tylko w centrum i pobliskich dzielnicach. Obrzeża, którymi właśnie szliśmy,
były monotonne, budynki szare i tandetne. Zupełnie jakby robione były na ilość,
a nie na jakość. W Kojyv’ie mieszkało dużo osób, choć wydawałoby się, że
powinno się wyludnić.
Przez
odgłosy.
Przeszkadzały,
co prawda, tylko raz w miesiącu przez trzy dni, tylko w nocy, ale potrafiły
skutecznie przestraszyć nie jednego tchórza. Im dalej od miasta się
znajdowaliśmy, tym głosy były intensywniejsze. Przeraźliwe krzyki, żałosne jęki
cierpiących ludzi oraz inne przerażające dźwięki, których nie dało się
rozpoznać, a które przy szarej scenerii osiedla, wprawiały człowieka nie tyle w
przerażenie, co w poczucie beznadziei.
Słysząc
te dźwięki, człowiekowi odechciewało się żyć.
-Musimy
rozmawiać – powiedziała Amanda, niemal płacząc. –Nie możemy dać się zwieść.
Była
noc. Wyrwani ze snu, zmęczeni i otoczeni przerażającymi dźwiękami, które
wdzierały się do naszych wnętrz, kompletnie je pustosząc, szliśmy jak zombie.
-Niech
to się skończy! – powiedział zdesperowanym głosem Patrick. –Kurwa!
Przeszliśmy
pod tandetnie ozdobionym graffiti mostem. Nad nami przejechał jakiś pociąg,
obok nas jakieś małe autko. Po bokach stały gołe już drzewa, które jeszcze
bardziej wprawiały nas w ponury nastrój. Potem szliśmy już w milczeniu, tylko
próbując oderwać się myślami od przerażających dźwięków, które nieznacznie,
lecz stopniowo stawały się intensywniejsze, w miarę, gdy drzew stawało się
coraz więcej, a osiedle i zabudowania powoli znikały.
W
końcu minęliśmy je. Zostały już tylko drzewa.
Zrobiło
się jeszcze ciemniej.
Amanda
płakała, reszta była na skraju płaczu – ja również. Z trudem się
powstrzymywaliśmy, ale odgłosy, w kierunku których szliśmy, były najgorszym, co
do tej pory nas spotkało. Nikt nie chciał się do tego przyznać, ale w duchu chcieliśmy
natychmiast zawrócić z powrotem do domu babci Patricka, a potem do domu. Na
krótkie momenty zapominaliśmy o szkole, rodzicach, tym co nas spotkało,
Denverclub’ie i innych rzeczach. Nagle wszystko straciło sens, nie wiedzieliśmy
po co w ogóle idziemy.
Chcieliśmy
wracać.
Ale
nie wróciliśmy.
Szliśmy
dalej. Każdy z nas, niosąc swój bagaż, który zawierał zawsze trochę rzeczy
innej osoby. Torby nie były ciężkie, ale nieco przeszkadzały.
-Odpocznijmy
– powiedziałem po długim zastanowieniu, czy to zaproponować.
Amanda
spojrzała na mnie. Twarz miała zrozpaczoną.
-Dobrze
– zgodziła się.
Więcej
nic nie mówiliśmy. Usiedliśmy w ciemnym lesie pod jednym z drzew i po prostu
czekaliśmy, próbując odgonić od siebie jakoś dźwięki. Staraliśmy się myśleć o czym
innym.
-Zaraz
zaczną się kukurydziane pola – powiedział Natan. –Mamy o tyle szczęścia, że
jest ciemno i trudno będzie nas zobaczyć. Jeśli ktoś wpadnie na nasz trop,
będziemy mogli wcześnie zauważyć światła latarek, albo wież, które zazwyczaj
rozświetlają okolicę wiosek granicznych.
-Nie
jest przypadkiem tak, że w nocy patrolują okolicę trochę bardziej intensywnie?
– spytałem.
-Racja
– powiedział Patrick bez entuzjazmu. –Nie są chyba debilami. Domyślą się, że
najwięcej osób ucieka nocą. Cholera, oni już to wiedzą – potarł obiema rękami
twarz. –Czuję się beznadziejnie.
Nie
tylko on się tak czuł.
-Muzyka
dobrze nam zrobi – powiedział Natan, grzebiąc w swojej torbie. –Pozwoli nam
pomyśleć o czym innym. Puścimy cicho, żeby nas nikt nie usłyszał.
Po
chwili Natan wyciągnął z torby małe radio. Wyciągnął antenę, która długa była
na niemal pół metra i nastawił stację, która w miarę dobrze odbierała. Leciała
jakaś muzyka, chyba jakiś pop-rock. Nie wiem, nie próbowałem zbytnio rozpoznać
gatunku. Było tam trochę gry na gitarze, jakaś perkusja i sympatyczny głos
jakiegoś mężczyzny.
You don’t have to worry
It
all can change
There
is not too late
You
can get back
I wtedy jakby coś się stało. Co
prawda nadal siedzieliśmy pod drzewem, ale w jednym momencie wszyscy
spojrzeliśmy to na radio, to na siebie, myśląc tylko o jednym.
When you feel you are lost
And
all that happened was the worst
Think
about that you can loose
Look behind dear, baby look
-Nie!
– wrzasnęła Amanda, wyrywając Natanowi radio z rąk. Natychmiast zmieniła
stację. W głośnikach rozbrzmiała inna piosenka. Już nie wsłuchiwaliśmy się w
słowa. Wstaliśmy i zaczęliśmy iść teraz już piaszczystą ścieżką przed siebie, w
głąb lasu, w kierunku granicy, którą stanowił również las.
Szliśmy
w kierunku krzyków i jęków. Zastanawiałem się, czy i nie my zaczniemy krzyczeć
tam podobnie.
Pola
kukurydziane zaczęły się nagle, znienacka, tak zupełnie bez zapowiedzi. Mógłbym
powiedzieć, gwałtownie, bo gdy tylko drzewa zaczęły być porozmieszczane
znacznie rzadziej przed nami jak spod ziemi wyrosła piaszczysta droga
równolegle do nas, a zaraz za nią niczym ściana stały wysokie na niemal dwa
metry kukurydziane pale. Były nieco podgnite, niektóre były przekrzywione, inne
całkiem złamane. Część z nich jeszcze stała. Odstęp między nimi wynosił, na
oko, nie więcej jak trzy czwarte metra.
Amanda
trzymała w rękach mapę. Chwilę na nią spojrzała, a potem odwróciła na drugą
stronę, gdzie poszczególne wycinki map były powiększone do tego stopnia, że
widać było pojedyncze budynki.
-Za
ile kilometrów przejdziemy te pola? – zapytałem.
-Są
trzy kilometry pól, o ile dobrze pamiętam – odparła. –Jeszcze raz przypomnę:
potem mamy jeziorko, nad którego północnym brzegiem znajduje się osada
graniczna. Północ jest po naszej lewej. Potem mamy most, ale jak tam przejść –
nie wiem, będziemy musieli improwizować. Drogę i tak mamy dłuższą, bo
obchodzimy jezioro dookoła – zrobiła pauzę i spojrzała na zegarek. –Jest druga
– powiedziała – myślę, że w trzy godziny się wyrobimy.
Tym
razem nie słuchało się nam tego już z zainteresowaniem. Dźwięki co prawda
ucichły, lecz w głowach i tak szumiało nam niemiłosiernie i nie wiedzieliśmy,
co mamy ze sobą zrobić. Ekscytacja już minęła. Nikt tego nie przyznał, ale
szliśmy, bo musieliśmy.
Po
chwili zagłębiliśmy się w polu kukurydzy. Szliśmy tak bez słowa, a opadnięte
już niemal liście muskały nas to po ręce, to po nogach. Było zimno, a z mojego
punktu widzenia, zimniej cały czas się robiło. Kiedy wychodziliśmy z domu babci
Patricka, założona przeze mnie koszulka, na to bluza i w końcu kurtka
wystarczały. Teraz zimno wdzierało mi się pod kurtkę. Zacieśniłem ściągacze, by
temu zapobiec, a potem już tylko pogrążony w różnorakich myślach szedłem,
milcząc.
Przez
całą drogę, kiedy przemierzaliśmy pole kukurydzy, które na pierwszy rzut oka
zdawało się nie mieć końca, nie odzywaliśmy się niemal wcale. Ktoś co jakiś
czas mrukną „O, Jezu”, albo „Ja pierdolę”, kiedy wdepnął w jakieś błoto, albo
musiał się wysilić i podnieść nogę, bo połamana kukurydza zagradzała nam drogę.
Dziwnie nie chciało nam się ze sobą rozmawiać, chociaż równie dobrze moglibyśmy
wesoło zastanawiać się cóż za piękne istoty mogliśmy spotkać w lesie. Może to
się wydawać niedorzeczne, ale scenariuszy było już naprawdę dużo, przynajmniej
w mojej głowie. W grę wchodziły nawet wróżki, jednorożce, centaury, smoki i
inne baśniowe stworzenia, w które tak złudnie wierzymy. To okrutne, bo potem
okazuje się, że czegoś takiego jak jednorożec nie ma i zastanawiasz się co masz
zrobić ze swoim życiem.
Próbowałem
odgonić od siebie złe myśli, dlatego myślałem o czym innym. Wymyślałem śmieszne
i równocześnie głupie historyjki w głowie, byle nie rozmyślać o całej tej
beznadziejnej sytuacji w której się obecnie znajdowaliśmy.
Po
prawie pół godzinie szybkiego marszu wśród zielonobrązowych kukurydzianych
„badyli” doszliśmy do ich kresu, gdzie znajdowała się niewielka polana. Jakieś
kilkanaście metrów od nich znajdowało się jezioro. Było ono spokojne. Lekki
wiatr nieco marszczył powierzchnię wody, co wyglądało bardzo ładnie. Można się
było zakochać.
Spojrzałem
w lewo.
W
oddali zauważyłem jakieś światła, wieżę i kilka małych, z daleka szarożółtych
budynków. Była to osada graniczna, o której wspominała Amanda. Nieco utopiona
we mgle, ledwie widzialna, lecz rozświetlona jak centrum Saint Adams.
-Dobrze,
chodźmy – powiedziała Amanda. –zanim ktoś z osady wpadnie na pomysł zrobienia
sobie rundki dookoła jeziorka. Tu i tak pewnie chodzi pełno ludzi i lada chwila
nas zauważą.
Poszliśmy
więc. Skierowaliśmy się na prawo i kroczyliśmy gdzieniegdzie kamienistym
brzegiem spokojnego jeziora. Nie było takie jak wszystkie. Coś mi się w nim nie
podobało. Nie potrafiłem jednak powiedzieć, co.
Potem
pojawiło się kilka drzewek. Obrastały one brzeg jeziora w odległości kilku
metrów. Nadal się do siebie nie odzywaliśmy, ale nie dlatego, że przestaliśmy
się lubić, tylko byliśmy najzwyczajniej zdołowani. Kiedy człowiek jest
zdołowany, nie chce rozmawiać z nikim, chce zostać sam i zamknąć się w sobie do
momentu aż mu nie przejdzie i wypłakać się możliwie najbardziej jak tylko się
da. Odgłosy ucichły, ale gdzieś w duchu byliśmy pewni, że wrócą. Baliśmy się
ich.
Zaledwie
po godzinie marszu, poczuliśmy zmęczenie i głód. Niemal równocześnie.
-Dobra,
odpoczywamy. Plan i tak szlag trafił, więc możemy robić co chcemy. We’re
fucking immortal
– powiedziała Amanda
wyraźnie zmęczona.
Wybraliśmy
jakieś drzewo i usadowiliśmy się przy nim, siedząc każdy w inną stronę świata.
Ja patrzyłem na północ – w stronę wioski.
Otworzyliśmy
plecak Patricka, gdzie włożyliśmy niemal całe jedzenie, jakie mieliśmy. Nie
wiem jak u reszty, ale widok tego, co zabrałem z domu dziwnie mi o nim
przypomniał. Przez chwilę wpatrywałem się w rzucony od tak do plecaka jogurt do
picia. Potem otworzyłem go i pociągnąłem duży łyk, żebym nie wyszedł na
wariata. Inni też zaczęli jeść.
Siedzieliśmy
pod drzewem już jakieś pięć minut. Co chwila, chcąc być uprzejmym i jakoś się
reszcie przypodobać, każdy z nas wyrażał chęć podzielenia się z resztą
jedzeniem. Patrick w plecaku miał nawet pieczone ziemniaki, które od dawna były
już zimne i nie dobre. Przez chwilę się śmialiśmy, bo jeszcze kilka dziwnych
rzeczy z plecaka wyciągnął. Miał nawet ugotowany makaron w słoiku.
Patrick
był fajny. Dlaczego wszyscy patrzą na ludzi tylko powierzchownie? Jego inność
wystarczała ludziom, by go znienawidzić. Nie rozumiałem tego. Przez chwilę potem
zastanawiałem się, jak ślepi często są ludzie.
Potem
opowiadaliśmy sobie jakieś żarty. W takim gronie zapomnieliśmy o dźwiękach,
jakie nie dawały nam spokoju. Śmiejąc się z samych siebie znów mieliśmy ochotę
do dalszej wędrówki, zaczęliśmy to traktować jak przygodę. Z głów wypadło nam
kompletnie, że to droga bez powrotu, że to prawdopodobnie droga na stracenie.
Zapomnieliśmy o wszystkim. Czuliśmy się jak rodzina.
Potem
zaczęliśmy się pakować. Szybko pozbieraliśmy papierki, które walały się dookoła
nas. Powrzucaliśmy je do torby Patricka, i…
…usłyszeliśmy
czyjeś rozmowy.
Włosy
stanęły mi dęba. Przez chwilę przestałem się ruszać i tylko wpatrywałem się w
stronę wioski. W pewnym momencie odniosłem wrażenie jakby kilkadziesiąt metrów
od nas poruszyła się jedna z kukurydzianych łodyg. Potem następna i następna.
Coraz
bliżej.
Stalibyśmy
nieruchomo jeszcze jakieś kilka minut, gdyby nie Amanda.
-Dobra,
spieprzamy – powiedziała i szybko założyła torbę na plecy.
Szybko
pozbierałem resztę rzeczy i zrobiłem to samo. Spojrzałem na Amandę. Ruszyła ona
w stronę brzegu jeziora i zaczęła niemal na palcach biec wzdłuż niego. Potem Patrick,
ja, a następnie Natan. Biegliśmy tak cicho, jak tylko było to możliwe. Okrągły,
rozświetlony księżyc rzucał srebrne światło na jezioro. Pięknie to wyglądało,
ale nie było ani sekundy, by na nie dłużej popatrzeć.
Biegliśmy
tak szybko jak potrafiliśmy. Co chwila odwracałem się za siebie. Zauważyłem, że
między kukurydzianymi łodygami coś zaświeciło. Latarka. Wbiegliśmy do jakiegoś
lasku. Był rzadki, ale idąc wzdłuż brzegu co chwila zauważało się zmianę
gęstości drzew. Raz było ich mało, raz dużo, a raz wcale ich nie było. Lasek
stawał się powoli coraz gęstszy. Było ciemno, a latarkę zostawiłem w torbie
Natana. Dotychczas drogę rozświetlał nam księżyc. Boże, jakie to było głupie.
Zatrzymaliśmy
się po chwili. Z dwóch powodów: byliśmy zmęczeni i widzieliśmy coraz mniej. Na
ostatnim odcinku potknąłem się o korzenie kilka razy. Głosy za nami ucichły.
Ciężko dyszeliśmy.
-Boże…
- wydyszał Patrick. –Ale masakra.
Spojrzałem
na niego i pokiwałem głową.
-Musimy
iść dalej – powiedziała Amanda. –Musimy oddalić się jak najbardziej, jak tylko
się da… Nie mogą nas złapać.
Przez
chwilę jakbym znowu coś usłyszał. Spojrzałem w tył i wpatrywałem się w nicość.
-Dobra,
idziemy! – powiedziała Amanda.
Ponownie
ruszyliśmy przed siebie. Zanim jednak to zrobiliśmy, wyciągnąłem z torby Natana
latarki. Były tylko dwie, więc dobraliśmy się w pary. Ja z Patrickiem i Amanda
z Natanem. Szliśmy szybko, jedna para za drugą, najciszej jak tylko się dało.
Co chwilę jednak wdeptywaliśmy w coś i rozlegał się trzask.
Wtem
stanęliśmy jak wryci.
Ktoś
szedł naprzeciwko nas!
Serca
zaczęły walić nam jak nigdy dotąd. Teraz już nie uda nam się uciec! Jesteśmy
straceni.
Rozległ
się krzyk! Czyjeś wołanie. Jakiś mężczyzna przed nami zaczął krzyczeć i biec w
naszą stronę. Boże!
Amanda
znów wykazała się opanowaniem. Pociągnęła Natana za sobą, a Patrick, wyczuwszy
co się dzieje, pociągnął mnie za kurtkę.
Skręciliśmy
w prawo.
Zboczyliśmy
ze ścieżki i zaczęliśmy ile sił w nogach mknąc między drzewami slalomem.
Gałęzie strzelały nam pod nogami jak na wojnie. Co chwilę potykaliśmy się o
korzenie, kamienie inne dziwne rzeczy w lesie. Straciliśmy orientację w
terenie. Nie wiedzieliśmy gdzie biegniemy.
-Stójcie!
– zawołał mężczyzna, biegnąc za nami z latarką. Zdałem sobie sprawę, że biegnie
ich dwóch.
Potknąłem
się i mało nie przewróciłem. Zachwiałem, ale zaraz się opanowałem. Próbowałem myśleć
trzeźwo, ale było to niesamowicie trudne. Jedynym, czego teraz się bałem to
kolki, tego, że go nie zgubimy, albo…
Ktoś
jęknął.
Natan!
Przewrócił
się!
Zablokował
nas. Przestaliśmy biec. Amanda próbowała pomóc mu wstać, ale po odgłosach,
jakie wydawał, dało się poznać, że zranił się nie na żarty. Boże, Natan
wstawaj!
Pomogłem
im. Patrick też. Wziąłem torbę Natana na plecy, a Amanda i Patrick podnieśli
go.
-Chy…
chyba coś złamałem – powiedział, łkając.
-Natan,
musimy uciekać, dasz radę, chodź!
-Idźcie
beze mnie! – powiedział.
-Nie,
nikt cię tu nie zostawi! – wrzasnęła.
Chciałem
spojrzeć za siebie, ale nie było na to czasu. Amanda z Patrickiem podparli
Natana na ramionach, a ten skakał na jednej nodze na przód. Byliśmy niemal dwa
razy wolniejsi. Światło latarki było coraz bliżej. Dyszeliśmy i byliśmy
zmęczeni.
-Stop!
– krzyknąłem.
Zatrzymaliśmy
się.
-Adam,
musimy biec! – powiedziała Amanda.
-Nie
– odparłem –Nie damy rady!
-Damy,
chodź!
-Złapią
nas, debilu!
-Jesteśmy
zmęczeni, oni są szybsi, jeszcze Natan – powiedziałem. –Musimy działać inaczej.
Zgubiliśmy drogę, jesteśmy w jakimś lesie. Przebiegliśmy już dużo. Nas jest
czworo. Stawimy im czoła. Dłużej biegnąc nie damy rady.
Amanda
przełknęła ślinę. Była zła i przerażona równocześnie. Nie wiedziałem czy robię
dobrze, jednak pewnym było, że długo już tak nie pociągniemy.
-Dobra,
robimy tak – powiedziałem. –Dajemy się złapać. Zaprowadzą nas zapewne do
pobliskiej wioski granicznej. Mamy chloroform. Jakoś uciekniemy. Transportować
pewnie zechce im się dopiero rano. Zwiejemy stamtąd nocą. Jakoś damy radę. Mamy
przynajmniej większe szanse niż biegnąc.
Zrzuciłem
z siebie torbę. Pogrzebałem w niej i wyciągnąłem nasączoną chloroformem szmatkę
i wsunąłem ją w spodnie. Patrick zrobił to samo z latarkami i telefonami.
Mężczyźni
wreszcie nas dogonili.
Jestem pierwszy :D
OdpowiedzUsuńznów takie zakończenie... w szkole cie uduszenie...
OdpowiedzUsuńRozdział świetny ^_^
OdpowiedzUsuńTe dźwięki na samym początku... ja bym chyba zwariowała
Musisz tak urywać? Pisz szybko kolejny rozdział!
Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy :>
Weny!
Tak tak, trafiłem na ogromne złoże weny w mojej głowie... W nocy wykminiłem dalszą fabułę, więc już w weekend, ba!, albo jeszcze dzisiaj będzie co czytać! :D Idę wydobywać wenę ^^
Usuńświetne tyle czekałam ale sie opłaciło (na szczęście) życze DUUUUUUUUUŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻŻO weny
OdpowiedzUsuńnareeeszcie ! dziękuje :3
OdpowiedzUsuńwarto było czekać :)