19 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Okej, witam wszystkich zgromadzonych na blogu i przepraszam za przerwę. Rozdział nie bardzo emocjonujący, niewiele się dzieje, ale liczę na wyrozumiałość, bo mam ostatnio dużo roboty. Jestem w finale wojewódzkim konkursu na mapę obu Ameryk i intensywnie uczę się francuskiego, bo moim celem jest do wakacji nauczyć się go do poziomu, gdzie mógłbym już się dogadać. Trudno będzie, ale dam radę... Mam nadzieję, że dalej będzie się podobało, chociaż rozdział był pisany metodą dopisywania po dwa akapity na dzień, więc cudów się nie spodziewajcie, bo wyszedł pewnie kicz... Okej, czytajcie, komentujcie i polecajcie, a ja z ręką na sercu obiecuję, że dwunasty będzie dłuższy, o wiele ciekawszy i bardziej emocjonujący... PS. Pani Peggy Sue i Juraszka są wzywane do napisania kolejnego rozdziału na ich blogach, bo mnie coś weźmie  niedługo ^^ I pewnie przekręciłem nicki, ale wybaczcie, jestem po litrze 'bipałerka' z biedronki xD





            Szybko zamknąłem drzwi, nawet nie zwracając uwagi na to, czy robię to cicho czy głośno. Musiałem coś zrobić. Ale sam nie dałem rady. Z resztą, co innego mogliśmy zrobić jak tylko uciekać, albo modlić się, że nie przyszli tu po nas. Musiałem obudzić resztę.
            -Amanda! – powiedziałem, szturchając ją. –Amanda, wstawaj, już! Amanda!
            -Czego chcesz?! – spytała zdenerwowana.
            -Przestań się burzyć, policja tu jest!
            Mina natychmiast jej zrzedła. Na jej twarzy nienaturalnie szybko pojawił się strach.
            -Co ty pieprzysz?
            -Ktoś walił do drzwi domu – powiedziałem. –Otworzyłem drzwi strychu i usłyszałem jak wołają.
            Amanda wybiegła z łóżka jak poparzona. Zaraz obudziła Natana i Patricka. Zaspani i oburzeni wstali, również niedowierzając w moje słowa.
            -Co?! – prawie krzyknął Natan. –Jak oni nas tu znaleźli?
            We czwórkę nie wierzyliśmy w to co się działo. Musieliśmy coś zrobić, uciekać, albo gdzieś się ukryć. Nie mogli nas znaleźć. Byliśmy przerażeni.
            -Musimy uciekać! – powiedziała Amanda.
            -Jak? Którędy niby? – zapytał Natan.
            -Tamtędy – powiedział Patrick, pokazując na drabinę postawioną przy ścianie strychu. –U góry jest wyjście na dach, ale jest to jedyna sensowna droga, którą moglibyśmy uciekać. Z drugiej strony moglibyśmy tylko się tam ukryć, bo nie mam pojęcia jak zeszlibyśmy na dół.
            Usłyszałem jak babcia Patricka otwiera drzwi policjantom. Wbrew pozorom, wszystko co działo się na dole było bardzo łatwo słyszalne tu na strychu.
            -Okej, na dach
            Najszybciej jak tylko mogliśmy, wzięliśmy wszystkie swoje rzeczy i postawiliśmy pod drabiną. Dokładnie rozejrzeliśmy się dookoła czy aby nic po nas nie zostało. Zabraliśmy wszystkie ubrania i inne rzeczy, które mogłyby wskazywać na czyjąś obecność tutaj. Zgasiliśmy światło.
            Nieprzyjemny chłód wiał z dworu, kiedy tylko otworzyliśmy klapę na dach. Na zewnątrz już dawno było ciemno, a nad naszymi głowami wisiało niebo pokryte ciemnymi chmurami. Natan wszedł na dach pierwszy. Usiadł na krawędzi, stawiając obie nogi na jednym ze szczebli drabiny.
            -Podajcie bagaże – powiedział.
            -Dobra, tylko żeby nie spadły
            Szybko podaliśmy mu wszystkie torby. Patrick trzymał mu nogi, żeby podnosząc wcale nie lekkie bagaże nie spadł z drabiny, bo nie byłoby ciekawie. Zwłaszcza, że spadając nadziałby się na kolce wystające z górnej części bramy. Mielibyśmy drugiego trupa, pomyślałem. Zaraz jednak odpędziłem się od tej myśli.
            -Dobra, teraz włazicie wy – powiedział Natan, wchodząc już na dach.
            Pierwszy wszedł Patrick. Powoli stawiał nogi na drabinie, ale aż na chwilę się zatrzymał, kiedy ujrzał dach.
            -Matko Boska, nie spadniemy stąd?
            -Dobra, właź nie gadaj – ponaglał go Natan
            Po Patricku szybko weszła Amanda, a po Amandzie ja. Na nasze szczęście dach nie był stromy i ku ziemi przechylał się tylko nieznacznie. Bałem się, że nasze bagaże mogłyby spaść.
            -Weźmy drabinę – powiedziała Amanda. –Nie będą nas tu szukać
            Szybko wciągnęliśmy ją. Nie była lekka, ale w dwójkę razem z Amandą jakoś daliśmy radę. Potem zamknęliśmy klapę dachu i najnormalniej w świecie czekaliśmy, równocześnie nasłuchując tego, co dzieje się na strychu, który przed chwilą opuściliśmy.
            -Matko Boska spraw, by ci policjanci byli debilami i tu nie zajrzeli – wyszeptał Patrick.
            -Widziałeś kiedyś mądrego policjanta? – spytałem.  
            Roześmialiśmy się.
            -Zamknąć ryje, bo idą – powiedziała nagle Amanda.
            Zamilkliśmy i nasłuchiwaliśmy jakiegokolwiek dźwięku ze strychu. Po niedługiej chwili usłyszeliśmy skrzypiące na dole drzwi i kroki prawdopodobnie dwóch mężczyzn.
            -Na pewno nikogo tu nie ma? – zapytał grubym głosem jeden z policjantów. Słysząc tylko głos wyobraziłem sobie grubego mężczyznę z wąsem.
            -Na pewno. Przecież wiedziałabym, gdyby ktoś szwendał się po moim domu – powiedziała stanowczo babcia Patricka.
            Przez chwilę nie odzywali się w ogóle. Prawdopodobnie rozglądali się po strychu, czy aby nie ukryliśmy się gdzieś tam. Siedząc tak obok Amandy, zaraz przy klapie z wyjściem na dach, zacząłem zastanawiać się, co babcia Patricka powiedziała policjantom i kto nas wsypał. Myślenie na ten temat nie miało jednak żadnego sensu.
            -Dobrze, ale gdyby coś jednak się działo, proszę nas powiadomić – powiedział jeden z mężczyzn, tym razem głosem nie tak grubym jak ten poprzedni –Będziemy szukać tej czwórki dalej.
            Potem usłyszeliśmy  trzaśnięcie drzwiami. Policjanci wyszli.
            -Nie możemy dłużej tu siedzieć – powiedziała Amanda. –Szukają nas, a to nie wróży nic dobrego. Będą zapewne lepiej patrolować obrzeża Kojyv’u i ten dom. Musimy uciekać już dzisiaj.
            -Dzisiaj, teraz?
            Potrząsnęła głową, że tak.
            Na dachu siedzieliśmy jeszcze przez kilka minut, by upewnić się, że schodząc na dół nie wpadniemy i nie napotkamy się twarzą w twarz z policjantami, którzy i tak napędzili nam już niezłego stracha. Kompletnie nie spodziewaliśmy się takiego obrotu akcji. Byliśmy tak pewni, że nikt nas tutaj nie znajdzie, że zaniedbaliśmy bezpieczeństwo. Aż strach pomyśleć, co by się teraz z nami działo, gdybym się nie obudził i nic nie usłyszał.
            Po chwili zeszliśmy na dół, przedtem jeszcze z trudem ustawiwszy drabinę tak, by można było po niej spokojnie zejść. Niemal rzuciliśmy bagażami, a potem szybko ubraliśmy się, bo ubrania pozostawione na jutro były zwinięte i wrzucone pod łóżko, bo nie było czasu na to, żeby się jeszcze stroić. Dla pewności zamknęliśmy strych na klucz, dziwiąc się, że wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. Babcia mogłaby wtedy powiedzieć, że trzyma tam coś bardzo cennego, co ma dla niej sentymentalne znaczenie, czy coś, albo, że na strychu umarł ktoś, wcześniej zamykając się od środka na klucz. Wyważyć drzwi pewnie byłoby trudno, bo nie były to stare drewniane drzwi, a solidne drewniane drzwi z mocnymi zawiasami.
            Ubrawszy się szybko, otworzyliśmy drzwi strychu i zbiegliśmy na dół ze wszystkimi torbami na plecach.
            -A co wy robicie? – spytała staruszka, kiedy spotkaliśmy ją na parterze.
            Patrick westchnął.
            -Musimy już iść
            -Jak to iść? – wyraźnie oburzona, sprawiała wrażenie nieco młodszej. –W nocy, na warsztaty, w Foue Diegrre? Nigdzie nie pójdziecie.
            -Babciu…
            -Nie ma babciu, nie pójdziecie nigdzie, a jak nie, to zadzwonię do twoich rodziców.
            To co zaraz nastąpiło, wydarzyło się bardzo szybko. W jednej chwili Natan, trzymając w ręku białą szmatkę nasączoną chloroformem podszedł do staruszki i przycisnął jej ją do ust. Babcia Patricka momentalnie osunęła się na Natana, który z łatwością złapał ją i położył na kanapę w salonie, przykrywając kocem i podkładając pod głowę poduszkę.
            -Sorry Patrick, nie mogliśmy ryzykować – powiedział.
            -Okej, ale nic na pewno jej nie będzie? – zapytał, wyraźnie wystraszony.
            -Nie, to środek usypiający, pośpi trochę, odpocznie
            Nic więcej nie mówiąc, pogasiliśmy wszystkie światła w domu i wyszliśmy na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi na klucz. Przez małe okienko nad drzwiami Patrick wrzucił klucze  z powrotem, by  można było się z niego wydostać.
            -To co? – zaczęła Amanda – Idziemy. Musimy iść szybko, cicho, omijając wszelkie większe skupiska ludzi, większe osiedla. Idziemy kilkoma dróżkami, Natan niech ma w pogotowiu chloroform. Ruszajmy.
            Była wyraźnie wściekła na siebie i na nie wiadomo co jeszcze. Rozumiałem ją, bo większa część tego co zaplanowała, szlag jasny trafił i tak czy tak, wyprawa nie przebiega planowo. Bałem się tylko, że coś jeszcze może pójść nie tak, że coś się stanie i nie będzie tego uniknąć tak łatwo, jak przedtem. Bałem się o wszystko, babcię Patricka, nas, moich rodziców, Denverclub’a. Jednym słowem bałem się wszystkiego, czego bać się akurat można było. Do głowy znów przyszły myśli, co będzie poza granicą, w lesie, w ciemnej mgle, która była tak wielką tajemnicą dla każdego. Serce waliło mi jak młot, a my tylko spokojnie szliśmy chodnikiem w stronę niewielkiego, łysego lasku.
           

2 komentarze:

  1. Dlaczego tak krótko ?! ;((((((((((((((((((( Ją chce qiecej ;((((((, proszę, myslalalm że coś sie bedzie działo a tu lipa, no nic pozostaje mi czekać na dwunasty
    Ps.sorry za bledy, głupi telefon

    OdpowiedzUsuń
  2. Fjnie, fajnie ale to że taki krutki mniej fajnie ;) Dobrze, że mam od razu następny do przeczytania. Ciężko coś napisac o tym rozdziale bo kruciutki ale jeśli chodzi ogólnie o całe opowiadanie to nie wiem jak zakończysz ale fajnie by było na tym że wejdą do lasu i...koniec. Nie chcę się wtrącać, na pewno masz już pomysł na zakończenie i na pewno jest super, ale chodzi mi o to, że fajnie jest smuć przypuszczenia co jest po drugiej stronie.
    Zabieram się za czytanie następnego rozdziału :)

    OdpowiedzUsuń