06 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Okej, oto kolejny rozdział. Znowu mam wielką nadzieję, że się będzie podobał xD Liczę na duuużo komentarzy i zdrowej krytyki :) Jak coś nie tak, to piszcie ;P Następny rozdział za niedługo, kto wie, może nawet jutro, bo powiem, że mam wenę i trochę czasu na pisanie... Ok, komentujcie, polecajcie bloga dalej, wklejajcie linki, gdzie popadnie etc. Ok, czytać..! <3 
           




             Spotkaliśmy się pod pocztą nieco ponad trzy minuty od momentu opuszczenia przeze mnie domu. Kiedy szedłem torba podróżna zjeżdżała mi z ramion, bo miała głupio zrobione szelki. To były męki, bo powrzucałem tam pełno ciuchów i żarcia. Ważyło to chyba z dwadzieścia kilogramów plus wbijający mi się w plecy zasilacz od ładowarki do telefonu. Do przejścia miałem niewiele, ale i tak byłem zdyszany, jakbym przebiegł z kilka kilometrów.
            Kiedy doszedłem pod budynek poczty, czekała tam już na mnie Amanda z Natanem. Amanda miała przy sobie tylko niewielką torbę, prawdopodobnie tylko z najważniejszymi rzeczami. Natan miał plecak, taki mały.
            -Cześć – powiedziałem i podałem Natanowi rękę. Bałem się, bo gadałem z nim pierwszy raz. Modliłem się, by Amanda wszystko im obu wytłumaczyła i tym samym oszczędziła nam niepotrzebnych kłótni.
            -Witaj – odpowiedział, również podając mi rękę. Zdziwiło mnie to, bo nawet się uśmiechnął.
            Zdałem sobie sprawę, że nie ma Patricka. Tak, dopiero teraz. Mózg jeszcze mi nie wytrzeźwiał.
            -Gdzie… Patrick? – spytałem.
            -Poszedł na pocztę wysłać nasze torby do Kojyv’u – powiedział Natan. –Mam nadzieję, że Amanda zapoznała cię z planem wyprawy. Daj, wezmę i twoją torbę, to ją też wyślemy. Wyjmij z niej to co potrzebne ci w pociągu.
            Postawiłem torbę na chodniku, rozsunąłem ją i wyciągnąłem kartę do bankomatu i legitymację, którą gdzieś tam przypomniało mi się, by wziąć. W sumie w podróży, tylko tyle było mi potrzebne.
            -Dzięki – powiedziałem, podnosząc torbę i podając ją Natanowi, który nieznacznie ugiął się chyba pod jej ciężarem.
            Kiedy Natan z trudem wgramolił się do budynku poczty, trzymając w obu rękach moją torbę, zostaliśmy tylko ja i Amanda.
            -Trzymasz się jakoś? – zapytała śmiało.
            Pokiwałem głową, że tak, co bardzo mijało się z prawdą. Nadal byłem cholernie zdenerwowany i wystraszony. Mógłbym powiedzieć, że teraz nie boję się o Denverclub’a i możliwość, że go zabiłem, tylko to, czy zdążymy wsiąść do pociągu i na czas dojechać do Kojyv’u. Im dłużej czekaliśmy przy poczcie, tym we mnie wzbierało się coraz więcej strachu, że ktoś nas zobaczy, że już policja przeczesuje osiedle, by mnie znaleźć. Bałem się, że może zadzwonili już do moich rodziców.
            -Mamy pociąg za dziesięć minut – rzekła Amanda, chcąc zapewne przerwać ciszę.
            Przez chwilę znowu zalała mnie fala strachu, że nie zdążymy, lecz przypomniałem sobie, gdzie tak naprawdę była stacja kolejowa. Stała ona zaledwie kilka budynków od poczty i bardzo szybko można było się do niej dostać. Była mała i nie mogliśmy się tam zgubić.
            Zacząłem martwic się o najdrobniejsze szczegóły.
            Czekaliśmy jeszcze przez cztery minuty. Wiedziałem, bo co chwila spoglądałem na godzinę w telefonie. Popadałem w paranoję.
            -Chodźcie! – powiedział Patrick, wychodząc wraz z Natanem. –Cześć Adam – powiedział, kiedy mnie zobaczył.
            -Cześć – odparłem.
            Przez całą drogę Amanda, Patrick i Natan rozmawiali o planie podróży. Chcieli, by wszystko było dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Ja byłem zdenerwowany, a oni rozluźnieni. Podśmiewywali się i cieszyli, jakby jechali na jakąś wycieczkę szkolną, czy coś. Ja tak nie umiałem, nie potrafiłem cieszyć się z tego, co ostatnio się zdarzyło. Za chwilę mogło się okazać, że zabiłem człowieka, albo zrobiłem z niego kalekę, więc nie miałem nawet z czego się cieszyć. Opuściłem dom, Eduardo, rodziców, życie, plany na przyszłość. Przez ułamek sekundy nawet zastanawiałem się, czy nie warto by było po prostu do wszystkiego się przyznać i za jakiś rok mieć wszystko z głowy. Myśl ta była jednak tylko przelotna, zaraz zniknęła i ustąpiła miejsca obawom.
            Nie minęło nawet dwie minuty, kiedy staliśmy już na peronie pierwszym, z którego odjechać miał nasz pociąg do Kojyv’u. Podróż, z tego co mówił rozkład jazdy, miała trwać około czterech i pół godziny, bo nie jechaliśmy szybkimi, tylko normalnymi kolejami. Bilet i tak drogo nas wyszedł, bo po sześć dych na osobę. Płaciła za mnie Amanda, bo zapomniałem wypłacić pieniędzy.
            -Adam, nie denerwuj się – powiedziała Amanda, lekko się uśmiechając. –Wszystko będzie okej. Za niedługo będziemy w Kojyv’ie. U babci Patricka jest bezpiecznie, nikt nas tam nie znajdzie. Przenocujemy tam, bo jeśli wyruszylibyśmy dzisiaj, to poza granicą zastała by nas noc. Patrick uważa, że to niepotrzebne, bo w lesie i tak najprawdopodobniej jest straszliwie ciemno.
            Potrząsnąłem głową, na znak, że zrozumiałem.
            -Nikt z jego rodziny nie będzie go tam szukał? – spytałem nagle.
            Pokręciła głową. Spojrzała w stronę Patricka, który kawałek dalej rozmawiał z Natanem.
            -Jego nie będą szukać, bo go nienawidzą – powiedziała smutnym głosem. –Czasami jest mi go naprawdę żal, bo być tak znienawidzonym za homoseksualizm, to dla mnie nie ludzkie. To są jego rodzice… nie powinni tak robić, powinni go kochać takim, jaki jest. Naprawdę, czasem mam ochotę się popłakać, kiedy przypominam sobie jego historię.
            Przytaknąłem jej.
            -Ja w sumie nie wiem, jak on odważył się na tak poważny krok. Mieć tyle odwagi – powiedziałem. –Ja bym się nigdy nie przyznał, bałbym się.
            -Tak. Ale on jest dzielny, zawsze go podziwiałam i lubiłam, widziałam w nim przyjaciela. Naprawdę potrafił się przede mną otworzyć.
            Zastanowiłem się przez chwilę.
            -Amanda? – spytałem.
            Spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
            -Bo, powiedziałaś, że ja jedyny wiem to tym, co ci się przytrafiło… - powiedziałem ściszając głos. –Co powiedziałaś Natanowi i Patrickowi?
            Westchnęła. Widać było, że to dla niej naprawdę trudne. Zastanowiła się chwilę.
            -Nie wiem, co jest w tobie takiego, że było mi łatwiej otworzyć się przed tobą, niż przed nimi. Dziwne, bo ich znam kilka lat, ciebie kilka miesięcy. To głupie. Oni cały czas myślą, że po prostu ostro powadziłam się z ojcem i tylko mnie walnął.
            Po chwili na peron podjechał pociąg. Czterowagonowy, z długim czerwonym paskiem na całej długości, z napisem „Kojyv”. Przez chwilę piszczał, zatrzymując się, po czym stanął i zaczęli z niego wychodzić ludzie. Do Saint Adams zawsze dużo osób się zjeżdżało.
            Pospiesznie wsiedliśmy do drugiego wagonu od lokomotywy, bo tam też znajdowały się nasze miejscówki. Przeszliśmy przez korytarz szerokości ledwie metra i wsiedliśmy do przedziału, zasłaniając wszystkie możliwe okna zasłonami i roletami.
            Odetchnąłem z ulgą i część moich obaw i całego tego lęku opadła. Siedziałem spokojnie w przedziale. Teraz modliłem się tylko, by pociąg odjechał.
            Amanda wyjrzała przez drzwi na korytarz.
            -Okej, jest pusto – rzekła. –Wyciągnijmy teczkę i zapoznajmy Adama z planem, żeby nie nawalił.
            Po tych słowach Amanda wyciągnęła z torby teczkę, otworzyła ją i pokazała mapę okolic Kojyv’u, tamtejszych zabudowań. Wiele było tam pokreślone długopisem, jakieś strzałki, wykrzykniki i podpisy. Na południowy wschód od miasta rozciągała się czarna linia, za którą widać było tylko szary obszar.
            -Spójrz! – powiedziała, pokazując palcem na mapie. –Będziemy szli tędy. Jest tam jakaś polna dróżka. Nie możemy iść głównymi ulicami, bo czwórka nastolatków z plecakami idący w stronę granic nie ma prawa nie wzbudzić podejrzeń. Wybraliśmy możliwie najbezpieczniejszą drogę, ale i tak jesteśmy zmuszeni przejść ledwie kilometr od małej wioski granicznej. Są tam pola kukurydzy, więc właśnie przez nie będziemy szli. Potem jeziorko, nad którym postawiono osadę i most, który jest chroniony. Obejdziemy więc jezioro dookoła, co nas opóźni, ale zmniejszy ryzyko wpadki. Potem znowu są pola kukurydzy, a przy samej granicy piaszczysta droga, którą jeżdżą samochody wojskowe. Ich nie da się ominąć, więc będziemy musieli trafić na okazję, kiedy będzie jakaś przerwa, czy coś. – wytłumaczyła, wszystko pokazując po kolei na mapie.
            -Ile to jest mniej więcej drogi? – zapytałem. –Od Kojyv’u do granicy?
            -Już to liczyliśmy. – powiedziała. –Tereny zabudowane przejdziemy w godzinę, jeśli się naprawdę zmobilizujemy. Potem masz pola, ale to nam zajmie ze dwie godziny, bo jest ich naprawdę dużo. Potem jezioro, jakieś dwadzieścia minut, kolejne pole kukurydziane, jakieś pół godziny i jesteśmy na miejscu. Łącznie mamy do przejścia dwadzieścia siedem kilometrów, bo wyruszamy z obrzeży miasta. To okropnie dużo, ale musimy zdążyć w cztery godziny. Postoje będą, ale naprawdę bardzo krótkie, bo przy długich postojach naprawdę łatwo będzie nas wywęszyć. Musimy wciąż się ruszać. – powiedziała. –A, i jeszcze jedno. Mamy dokładny plan, o której godzinie jesteśmy w którym miejscu, więc musimy być punktualni. Co do minuty. Wyruszamy o szóstej i o dziewiątej pięćdziesiąt, najpóźniej do dziesiątej przekraczamy granicę. – dodała.
            Pokiwałem głową, że rozumiem. Chwilę jeszcze się zastanowiłem i powtórzyłem w głowie cały plan, który przed chwilą pokazała mi Amanda. Dopatrywałem się jakiejś luki, by na coś zwrócić uwagę, być trochę potrzebniejszym, ale plan był jednak, jak na mój gust, zbudowany idealnie. Musieli naprawdę długo to planować. Przypuszczam, że wielu szczegółów mi nie pokazali, bo chyba nie było to potrzebne. Wszystko pokazywała na jednej mapie, a kartek było chyba z dwadzieścia. Nie dopytywałem się jednak. Byłem zmęczony.
           
*

            Po niecałej godzinie, drzwi przedziału z hukiem otworzyły się, a do środka wparował konduktor w granatowym garniturze i czapce.
            -Dzień dobry, bilety proszę.
            Amanda podała konduktorowi wszystkie nasze bilety. Ten dokładnie je sprawdził, potem jeszcze nasze legitymacje i  spytał:
            -Po co jedziecie do Kojyv’u?
            Zalał mnie strach. Zacząłem szybko szukać w głowie odpowiedzi, ale nic nie przyszło mi do głowy. Bałem się.
            -Jesteśmy uczniami Destin Pitorie, w Saint Adams. Zostaliśmy wysłani na warsztaty w Foue Diegrre do Kojyv’u na coroczne zajęcia z odpowiedzialności i nauki o granicach kraju, lesie i prawa Paziladzkiego. Proszę, oto dokument. – powiedziała Amanda, wręczając konduktorowi poskładaną kartkę. Co ona wymyśliła?
            Konduktor przestudiował wręczoną mu przez Amandę kartkę, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Potem oddał ją Amandzie z powrotem i wyszedł, żegnając się.
            -Amanda, co ty mu dałaś? – spytałem zaciekawiony.
            Natan i Patrick zaśmiali się.
            -To był pomysł Patricka – powiedział Natan - w Kojyv’ie co roku są organizowane jakieś tam warsztaty z wiedzy o lesie, granicach, i tym, że nie wolno ich przekraczać. Amanda skleciła na komputerze pisemko, ukradła pieczątkę z Destin Pitorie i gotowe.
            Pokręciłem głową.
            -Wy jesteście kurwa genialni – powiedziałem z uśmiechem. Byłem pod wrażeniem. Naprawdę dobrze to zaplanowali.
            Przez resztę podróży rozmawialiśmy trochę, śmiejąc się i żartując. Nie powiem, ale zadziałało to na mnie bardzo rozluźniająco. Natan i Patrick okazali się być zajebistymi ludźmi, zupełnie innymi, za jakich miałem ich na początku, zanim z nimi porozmawiałem. Nie wiem czemu, ale dziwnie niesłusznie ich oceniłem. Zawsze starałem się nie robić tego, kiedy jakiejś osoby nie znałem, bo nie było w tym najmniejszego sensu. Amanda zaś zwróciła moją uwagę na samym początku. Odkąd ją zobaczyłem, wiedziałem, że musi być niesamowitą osobą, ale nigdy nie przypuszczałbym, że aż z takimi problemami.
            Za niedługo byliśmy już w Kojyv’ie. Pociąg zatrzymał się z piskiem, a my wyszliśmy na peron główny. Był niesamowicie zatłoczony. Pełno było tu ludzi, biznesmanów, podróżników i kompletnie nie zaliczających się do żadnej grupy ludzi. Co chwilę dało się usłyszeć komunikaty o opóźnieniach pociągów, lub o tym, że właśnie któryś z nich jest podstawiany.
            -Za mną – powiedział Patrick, wychodząc na początek grupy i zaczynając nas prowadzić.
            Idąc za nim przeszliśmy jakieś schody, potem długi, jeszcze bardziej zatłoczony deptak na dworcu. Było tam dużo budek z szybkim jedzeniem, kioski, sklepy z ubraniami, gazetami i kilka kafejek internetowych, z których można było korzystać. Przeszliśmy deptak i chcąc wyjść z dworca, skierowaliśmy się w stronę głównego wyjścia.
            -Stać! – powiedział wysoki, gruby mężczyzna, który prawdopodobnie był ochroniarzem, czy coś w ten deseń.
            -Coś się stało? – spytał Patrick.
            Mężczyzna uważnie przyjrzał się nam, mierząc nas wzrokiem od stóp do głów.
            -Gdzie idziecie? – zapytał.
            Patrick na chwilę odwrócił się do nas.
            -My… my idziemy do Foue Diegrre. Zostaliśmy tam wysłani na warsztaty.
            -Tak… - odpowiedział kpiąco. –A ja jestem Lady Gaga.
            Patrick zaśmiał się. Nie wiem jak mógł być tak rozluźniony, skoro byliśmy w kłopotach.
            -Proszę… - powiedział, biorąc od Amandy podrobiony dokument. -…oto dowód, że jesteśmy tu legalnie i niczego nie planujemy.
            Mężczyzna koło pięćdziesiątki wziął kartkę od Patricka i zaczął ją czytać. Tak jak konduktor w pociągu, czytał ją kilka razy.
            -Macie numer do tej szkoły? – zapytał nagle.
            -Yyy… my… nie… to znaczy, nie, nie mamy, ale może nam pan wierzyć. Idziemy na warsztaty. Naprawdę. – powiedział Patrick, zwrócił się do Amandy. –Amanda mówiłem ci, żeby zapytać panią o numer. Pan nam nie wierzy i zaraz się spóźnimy. Za pół godziny zaczynają się warsztaty.
            Amanda spojrzała na niego.
            -T… tak. Boże, zapomniałam na śmierć. Proszę pana, proszę nam uwierzyć. To są naprawdę poważne warsztaty, które bardzo nam pomogą w szkole. To nasza ogromna szansa. – powiedziała błagalnym tonem.
            Byłem przerażony. Starałem się to ukryć, ale widać było, że tego Amanda nie przewidziała i byliśmy w prawdziwych tarapatach. Matko Boska, złapią nas.
            Mężczyzna chwilę zastanowił się.
            -No nie wiem. – powiedział, patrząc na nas.
            -Bardzo prosimy – powiedział Natan. –Musieliśmy bardzo starać się o tą szansę, a jeśli teraz nie będziemy mogli tam pojechać, to kaplica. Co pan myśli, że co my jesteśmy, uciekinierzy? Jak pan może?
            -No dobra, ale następnym razem macie pilnować, żeby wszystko było okej, bo nie będzie ulg. To jest Kojyv, powinniście pomyśleć, że tu są kontrolę. Macie ogromne szczęście i mam nadzieję, że niczego nie knujecie, smarkacze. – rzekł mężczyzna.
            -Serdecznie panu dziękujemy – odezwał się Patrick. –Naprawdę, jest pan wspaniałym człowiekiem. Bóg panu w dzieciach wynagrodzi. Chodźcie, idziemy, zaraz mamy autobus.
            -Tak, dziękujemy bardzo – powtórzyła Amanda, uśmiechając się szeroko do ochroniarza.
            Spokojnie, żeby nie zwracać na siebie uwagi wyszliśmy z dworca. Przeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów, by dostatecznie oddalić się od drzwi i dopiero wtedy mogliśmy coś powiedzieć.
            -Ja pierdolę – zaklęła Amanda. –Tego nie przewidziałam. Jeden błąd, a mogliśmy wpaść na amen.
            -Okej, jakoś daliśmy sobie radę. Jest dobrze. – powiedział Patrick. –Pytanie tylko, gdzie jeszcze takie kontrole mogą być. Musimy obmyślić w nocy jeszcze jakieś super wiarygodne wytłumaczenia.
            Potem wsiedliśmy do autobusu, który na przystanku stał już jakiś czas i pojechaliśmy na obrzeża Kojyv’u, gdzie mieszkała babcia Patricka.

           

6 komentarzy:

  1. Matko, Oskar... PRZECZYTAŁAM. <3
    Skomentuję jutro, bo jak zwykle źle się czuję, wybacz ;c
    Wiedz, że się podobało ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie krzycz! Wiem, miało być wczoraj ;_;
      Ale wczoraj robiłam 41 zadań z fizyki (♥) i próbowałam ogarnąć chemię (nie wyszło XD)
      Jestem jednak dzisiaj i wię wypowiem (a co, wolno mi!)
      Kurde! Co to za dzikie akcje beze mnie?! ;o KOCHAM TO! <3 (to nic, że beze mnie XD)
      W DALSZYM CIĄGU NIE LUBIĘ AMANDY. TO SIĘ CHYBA NIE ZMIENI XD
      Strażnik jaki cwaniaczek (MILICJANT XD), kurde, przemyślał sobie.
      PFF I TAK IM SIĘ UDA! WIEM TO, WIERZĘ W NICH! <3
      Nie umiem przeczytać nazwy, jestem głupia XD
      ALE MNIEJSZA Z TYM, KTO BY SIĘ PRZEJMOWAŁ? XD
      Nie wiem gdzie jest taka młodzież, której zależy AŻ TAK na edukacji, ale gdyby mi grupa nastolatków powiedziała, że idą na warsztaty, bo to im pomoże w szkole i to dla nich ogromna szansa to bym padła XD (to prze moją klasę, gdzie przy średniej 4.0 ma się opinię kujona XD)
      Za dużo XD w tym komentarzu XD (ZNOWU XD) Nie panuję nad tym.
      Bardzo mi się podoba i czekam na nowy! :D

      Usuń
  2. Wiesz co, ja to chyba muszę ci podziękowac, bo chyba tylko ty jedyna jesteś taką mega fest czytaczką tego bloga ^^ Tak mi się przynajmniej wydaje... Dlatego wielkie dzięki za komentarze i bycie tu przez cały czas ;) Dzięki, bo zależy mi na obiektywnych komentarzach... Mam nadzieję, że dalej będzie ci się podobało :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. FANKA NAMBER JEDEN ŁUŁUŁUŁUŁU!!! Pisz na nowy, a nie jakieś podziękowania XD
      Oskarku! :D <3

      Usuń
  3. Jeny wchodzę ty o jakiś czas a czeka na mnie więcej niż jeden rozdział. Nie wiem jak ty to robisz że piszesz w takim tempie i dobrze bo umierałabym z iekawości gdybym musiałą czekać na przykłąd miesiąc na nowy rozdział. Tak zdążyłam sie wciągnąć w całąopowieść że mnie już nie wyżuisz z tego bloga ;p Dobra sama wolę bardziej szzegułowe komętarze ni "podobało mi się" więc pomiem że super ciekawa fabuła; opisy takie jak trzeba; i jak zwykle odczuia głównego bohatera tak opisane że można z łatwością przeżywać razem z nim :)

    OdpowiedzUsuń
  4. super ! czytam dalej.

    OdpowiedzUsuń