Tego
dnia spóźniłem się do szkoły i to sporo. Nie wiem, nie wiem czemu. Budzik
zadzwonił, ale ja go wyłączyłem, zadzwonił ponownie, a ja nim rzuciłem, a
telefon rozwalił się na trzy części. Wstałem pół godziny później, ale wcale
specjalnie nie zacząłem spieszyć się z tego powodu. Wykonałem wszystkie
normalne czynności, które zazwyczaj wykonuję, w normalnym czasie, bez żadnego zbędnego
pośpiechu, bo po co?
Byłem
w dziwnym dołku. Nie chciało mi się robić kompletnie nic. Z początku naszła
mnie nawet myśl, by w ogóle nie iść nigdzie i tylko siedzieć w domu i przeglądać
durne strony żeby się po prostu odstresować.
Wstałem
jednak powoli z łóżka i poprawiłem czarne, porozchodzone na wszystkie świata
strony i w jeszcze inne kierunki włosy. Twarz miałem zmęczoną, całą noc bowiem
myślałem nad wszystkim i nad niczym, nad Amandą, Patrickiem i Natanem, nad tym
co ich spotkało i co musieli w tedy czuć. Nie wiem czemu, ale teraz martwiło
mnie to bardziej niż fakt, że chcą wkrótce przekroczyć granicę. Przynajmniej
wiedziałem, kiedy zamierzają to zrobić. Mimo to, ani razu nie przyszło mi do
głowy, by ich odwodzić od tego poronionego pomysłu.
Spakowałem,
się. Kiedy wychodziłem z domu, byłem na sto procent pewien, że czegoś
zapomniałem, czegoś ważnego, w głębi siebie wiedziałem nawet czego, ale byłem
tak bardzo zdemotywowany do czegokolwiek, ze najzwyczajniej w świecie to
zignorowałem i nie wróciłem się do domu, kiedy byłem jeszcze blisko.
Padał
jeszcze późno wiosenny deszcz. Zima jeszcze nie przyszła, ale lada moment
przyjdzie i skuje całe Saint Adams lodem i zasypie śniegiem. Było zimno i
wietrznie. Z początku łagodny deszcz, mżawka, później przerodził się w
nacinającą akurat w moją stronę ulewę. Kiedy doszedłem do szkoły, byłem cały
mokry. Później okazało się, że spóźniłem się ponad dwadzieścia minut na jakiś
duży i ważny sprawdzian, który szybko napisałem w czasie, jaki mi pozostał.
Amanda
znów siedziała pod ścianą przy sali lekcyjnej, zaraz po zakończeniu pierwszej
lekcji. Płakała. Natychmiast do niej podszedłem i zapytałem o co chodzi.
-Amanda,
co jest? – spytałem pospiesznie.
Ona
dalej płakała, a potem zaczęła płakać jeszcze mocniej. Próbowałem dojść do
niej, objąłem ją tak jak kilka dni wcześniej na murku przed szkołą.
-Amanda,
powiedz mi, co się stało. Coś z ojcem?
Pokręciła
głową, że nie i jeszcze bardziej się rozpłakała.
-Więc
co?
-O…
o… on z…zabrał teczkę. – powiedziała. –Zabrał… teczkę ze wszystkim. Teraz w…wszyscy
się dowiedzą. Adam… oni się dowiedzą… ojciec mnie za… on mnie zabije… zo…
zobaczysz.
Nie
wiedziałem co powiedzieć i co robić. Teraz Amanda i cała ta trójka była
naprawdę w prawdziwych tarapatach. Destin Pitorie należało do szkół, w których
kiedy ktoś dowiedział się o takich planach, był wyrzucany, a sprawa trafiała do
sądu w Saint Adams. Planowanie i namawianie do przekroczenia granicy było karalne.
Nie mówiąc już o próbach i nie powiadomieniu władz, kiedy coś się wie.
-Amanda,
kto zabrał ci teczkę? – spytałem.
-N…
nie wiem… - mówiła przez łzy. –Jakiś chłopak…
Zastanowiłem
się chwilę.
-Jak
wyglądał?
Amanda
chwilę nie odpowiadała, płakała gorzej niż wtedy na murku.
-W…
wysoki, w… włosy kolo… koloru ciemny blond… chyba zielone oczy… t… taki dres
pierdolony. Złapał mnie w łazience, zabrał t… torbę, wyjął teczkę i u…uciekł.
Adam błagam cię zrób coś, bo nie wytrzymam zaraz.
Wiedziałem,
kto zabrał jej teczkę.
-Amanda
poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę z twoją teczką.
Zostawiłem
ją przy sali. Spojrzałem na zegarek, miałem jeszcze osiem minut przerwy.
Szybko
przemknąłem przez korytarz na parterze i zaraz znalazłem się przy gablocie z
planami lekcji wszystkich klas. Przejechałem palcem przy kolumnie z klasą IC i
sprawdziłem, gdzie mają lekcje – piętro trzecie. Nic się nie zastanawiając
pobiegłem po schodach na górę, nie chcąc stracić zbyt dużo czasu. Po chwili
znalazłem się na trzecim piętrze. Drzwi męskiej toalety akurat otwierały się, a
z nich wychodził owy chłopak z teczką.
Nie
zastanawiając się dłużej wepchnąłem go z powrotem do toalety i zamknąłem za
nami drzwi. W środku na szczęście nie było nikogo oprócz nas.
-Pogrzało
cię! – krzyknął.
-Oddawaj
teczkę Denverclub! – warknąłem.
Uśmiechnął
się parszywie.
-O
to ci chodzi? – zapytał wrednie, machając teczką.
-Tak,
o to mi chodzi. Oddawaj, bo to nie twoje, gnoju parszywy. Ukradłeś to Amandzie!
– powiedziałem, a ręce powoli zaczęły mi się trząść. Nie myślałem trzeźwo, nie
wiedziałem co zrobię.
-Facet!
Ty nawet nie wiesz jak bardzo ten kawałek papieru mi się przyda! Jesteście
udupieni we czwórkę, rozumiesz?! – zaśmiał się. –Nie ma cię w tej szkole
Hamberton, nie ma ciebie, tej całej Amandy i tych dwóch gnoi.
Teraz
miał nas w garści. Nawet jeśli odzyskałbym w jakiś sposób teczkę, to i tak nas
załatwi, bo wszystkim o tym opowie. Nie wiadomo, czy czegoś już z tej teczki
nie wyciągnął, a wtedy miałby dowód, bo były tam mapy, notatki i plany.
Wszystko.
-Denverclub,
ty kurwo zeszmaciała, oddaj to w tej chwili! – warknąłem i byłem już ostro
wkurzony. –Jaki masz interes w tym, że zniszczysz życie Amandzie?!
-Amandzie?
– spytał. –Nie, ona to przy okazji, nie lubię tej idiotki. Na myśli miałem
głównie ciebie, bo chyba dobrze wiesz, co grozi za ukrywanie takich rzeczy.
Mógłbyś nawet zostać oskarżony o współudział, a wtedy byłoby źle, prawda?
Zrobiłem
się czerwony. Nie widziałem tego, ale czułem, że robię się gorący na twarzy, i
że paraliżuje mnie strach.
-Denverclub,
proszę cię! – powiedziałem, ale on pomknął ku mnie, by mnie minąć.
Zagrodziłem
mu drogę ręką, a potem z powrotem odepchnąłem go w stronę okna w męskiej
toalecie.
-Nigdzie
nie pójdziesz Denverclub! – warknąłem. –Albo po dobroci oddasz teczkę, albo
dostaniesz w zęby tak, że ci najlepszy ortodonta nie pomoże.
Zaśmiał
się.
-Ty?
Ty miałbyś mi wpierdolić? Śmiech na sali.
Potem
wszystko działo się szybko. Niewiele się zastanawiając, moja zaciśnięta już od
kilku minut pięść pomknęła w stronę twarzy Denvercluba. Odchylił głowę do tyłu
i uderzając głową w posadzkę upadł na ziemię.
Gorąca
fala przeszyła moje ciało. Boże! Myślałem szybko. Denverclub leżał na posadzce
męskiej toalety nie ruszając się. Lada chwila ktoś mógł wejść do łazienki.
Rozejrzałem się i dech zaparło mi w piersiach, kiedy zobaczyłem wiszącą w rogu
pod sufitem kamerę.
Tam
był monitoring!
Nie
myślałem długo. Chwyciłem teczkę i jak poparzony wybiegłem z łazienki niemal
potykając się o próg w drzwiach do toalety. Trzęsły mi się ręce, nogi, wszystko
mi się trzęsło. Byłem przerażony jak nigdy przedtem. Biegłem. Najszybciej jak
tylko mogłem przemierzyłem główny korytarz na trzecim piętrze i zbiegłem po
schodach na drugie, a potem pierwsze piętro.
W
szkole było niewiele ludzi, bo była to jeszcze wczesna pora. Mimo to potrąciłem
kilka chłopaków i jakąś dziewczynę, niemal skacząc co czwarty schodek i tym samym
o mało nie skręcając sobie kostki.
Dotarłem
na parter. Amanda dalej płacząc siedziała przy ścianie klasy, w której przed
chwilą mieliśmy lekcje. Na mój widok rozpromieniła się.
-Nie
mamy czasu, idziemy! – niemal wrzasnąłem na nią ciągnąc ją za rękę i wpychając
do szatni. Nie było tam nikogo. –Ubieraj się!
-O
co chodzi?! – zapytała zakładając kurtkę.
Nic
nie mówiłem. Najszybciej jak tylko potrafiłem założyłem kurtkę, buty, nawet ich
nie sznurując. Byłem przerażony. Strach paraliżował moje ciało tak bardzo, że
ledwo się ruszałem. Myślałem, że zemdleję. Przed oczami przelatywało mi tysiące
myśli.
-Adam!
-Nie
teraz! Ubieraj się i wychodzimy! – wrzasnąłem.
Po
chwili byliśmy już ubrani. Niepozapinani i z nie do końca zasznurowanymi butami
wybiegliśmy ze szkoły, kierując się ścieżką w stronę głównej ulicy na
dzielnicy.
-Adam,
mów o co chodzi w tej chwili! – wrzasnęła Amanda zatrzymując się w połowie
ścieżki. Ja również się zatrzymałem.
Serce
waliło mi jak młot. Próbowałem sklecić jakieś zdanie, najprostsze jakie tylko w
słowniku można było znaleźć. Nie potrafiłem.
-A…
Amanda musimy uciekać, już teraz, w tej chwili!
-Dlaczego?!
-Byłem
w męskiej ubikacji, tam był Denverclub z twoją teczką. Chciałem, żeby mi ją
oddał, ale on tak parszywie śmiał się ze mnie i z was. Przywaliłem mu, upadł na
posadzkę i… Amanda, co ja zrobiłem?! Ja…
Mina
Amandy przybrała bladego koloru. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Była równie
przerażona, co ja.
-A…
Adam. Może on tylko stracił przytomność… może…
Pokręciłem
głową.
-N…
nie wiem, Amanda ja nie wiem! – głos mi się załamywał. Tak okropnie bałem się
konsekwencji. – Amanda, on wie o waszym planie. Tam był monitoring… jeśli on
nie żyje, to mnie wsadzą, jeśli żyje, to wyda mnie i was i konsekwencje
poniesiemy wszyscy. Musimy uciekać. Teraz!
Zaczęliśmy
szybkim krokiem zmierzać główną ulicą w stronę naszych domów. Oboje byliśmy
przerażeni do szpiku kości.
-Adam,
dobrze! Uciekniemy dzisiaj! Idź do domu, spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, weź
trochę jedzenia… nie… weź dużo jedzenia. Weź tyle jedzenia ile się da. Spakuj
ubrania, latarki, mapę, wszystkie mapy jakie masz. Weź wszystko, co mogłoby nam
się w jakikolwiek sposób przydać.
Pokiwałem
głową, że wiem o co chodzi.
-Powiadomię
Natana i Patricka – powiedziała. –Patrick ma starą babcię w Kojyv’ie i to
właśnie tamtędy będziemy uciekać. Wyślemy tam większą cześć rzeczy, żeby nie wzbudzić
podejrzeń. Sprawdzę połączenia do Kojyv’u i natychmiast tam pojedziemy. Pamiętaj, weź
wszystko, co tylko najpotrzebniejsze i ruszamy. Nie ma czasu. Podaj mi twój
numer i za pół godziny pod pocztą.
Kiwnąłem
ponownie głową, na znak, że zrozumiałem wszystko, co do mnie powiedziała, a
było tego cholernie dużo. Najszybciej jak tylko było można wymieniliśmy się
numerami telefonów i rozeszliśmy się w nasze strony.
Szedłem
bardzo szybko, prawie biegnąc. Torba co chwila spadała mi z ramienia. Serce
waliło mi jak nigdy przedtem, nogi miałem jak z waty, kręciło mi się w głowie.
Szybko przeszedłem jedną ulicę, skręciłem w drugą i za chwile byłem już na
Yates Drive 14. Pospiesznie, prawie wybijając sobie zęby na schodach wbiegłem
po nich na pierwsze piętro i wyciągnąłem klucze by otworzyć drzwi do
mieszkania. Trwało to wieki. Pospiesznie szukałem właściwego klucza, by otworzyć
drzwi, a gdy już go znalazłem, nie potrafiłem trafić do zamka.
Kiedy
po ciężkich próbach opanowania trzęsącej się ręki w końcu otworzyłem drzwi, jak
oszalały wpadłem do mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi i wpadłem do mojego
pokoju, gdzie na łóżku siedział Eduardo. Poszperałem szybko pod łóżkiem, gdzie
znajdowały się różne rupiecie i, o ile pamiętam, duża torba na wycieczki. Po
chwili znalazłem ją i położyłem na łóżku. Spojrzałem na zegarek, było wpół do
dziesiątej.
Usiadłem
na łóżku i utopiłem twarz w dłoniach. Czułem się bezradny, zestresowany jak
jeszcze nigdy przedtem i szalenie przerażony. Boże, a jeśli ja go zabiłem,
święty Boże, muszę uciekać, bo mnie zamkną. Wszyscy się dowiedzą, nie,
oszaleję, nie.
Nie
mogłem tak siedzieć, bo miałem ochotę się pociąć. Wstałem i powyciągałem z
szafki kilka ubrań, które mogły mi się przydać – kilka koszulek, ciepłą bluzę,
spodnie, jakieś dresy, rękawiczki, czapkę i kalesony. Mój mózg pracował na
najwyższych obrotach, myślał szybciej niż komputer.
Potem
pomknąłem do kuchni. Otworzyłem szafkę i wyciągnąłem z niej dużą reklamówkę na
jedzenie, a potem otworzyłem lodówkę. Wyciągnąłem wszystko co się da, jakiś
jogurt, wędlinę, ser, kawałek ciasta z jabłkami i jakąś sałatkę w pudełku. Z
szafki wyjąłem połowę chleba, który został z wczoraj wieczoru, kilka bułek i do
połowy pełną paczkę z płatkami.
Więcej
nie miałem pomysłu co wziąć, więc zawinąłem folię i wrzuciłem ją do torby
wycieczkowej. Potem pobiegłem do pokoju, wziąłem latarkę, baterie, które nawet
nie wiedziałem, czy działają, paczkę zapałek, ładowarkę do telefonu i
słuchawki. Pieniądze, potrzebne były mi jeszcze pieniądze, więc szybko
pobiegłem do mojego pokoju po kartę do bankomatu, na której miałem około trzech
stów. Myślałem, by wypłacić je koło poczty.
Pod
koniec nie wiele myśląc wyrwałem niefortunnie kartkę z zeszytu i chwyciłem
pierwszy lepszy długopis. Chciałem napisać list do rodziców, bo nie widziało mi
się, tak po prostu opuszczać domu i uciekać do lasu bez poinformowania ich o
wszystkim. Drżącą ręką i krzywym pismem napisałem, że przepraszam, że mi
przykro, że ich kocham i żeby zaopiekowali się Eduardo. Popłakałem się.
Dopisałem, że zrobiłem coś złego i muszę uciekać, bo nie widzę innego wyjścia.
Jeszcze kilka razy dopisałem, że bardzo ich kocham i położyłem kartkę na stole
w dużym pokoju.
Jedyne
co zrobiłem, jeszcze nie opuściwszy domu, to ucałowałem i przytuliłem Eduardo,
którego przez pierwsze kilka sekund miałem ochotę zabrać ze sobą, ale
rozmyśliłem się. Nie chciałem by cierpiał lub by stało mu się coś złego, jeśli
coś takiego ma się stać.
Jeszcze
raz spojrzałem na mieszkanie, potem zamknąłem je i pobiegłem schodami w dół.
Oskareczku!
OdpowiedzUsuńUwielbiam Cię! *_* Jesteś mistrzem, jeśli chodzi o fabułę! *.* (chyba faceci tak mają ;o)
Niech Denvercośtamterefere okaże się trupem! *_*
A Adam niech nosi koszulkę "Killing is my business... and business is good" :D
Niech Eduardo pójdzie za nim, taki fajny kot *_*
No i niech im się uda (chociaż dalej nie lubię Amandy, daj wiecej Patricka i tego drugiego)(tak, nie mam i nie będę mieć pamięci do imion, wybacz XD)
Nie mam weny na komentarz, bo się fatalnie dzisiaj czuję, ale wiedz, że kocham Twoje opowiadanie. <3
Ooo, zmieniłeś wygląd! Ale wrzuć strony na górę, lepiej tak jest ;)
OdpowiedzUsuńI wreszcie trochę większa czcionka! Tamta była za mała, miałam o tym wspomnieć, ale zapomniałam. ;o
Okej, zapomniałem o kartach... Baj de łej, kolejny rozdział już w drodze :D Pzdr
OdpowiedzUsuńAle nieeee... tak jest ładniej, fajniej... xD Nie zmieniam tego xD
OdpowiedzUsuńUwielbiam! :D Swietne opowiadanie!
OdpowiedzUsuńŚwietnie piszesz ;) Chętnie będę czytać dalej *.*
OdpowiedzUsuńObserwuję.
♥ ♥ ♥
http://mildiebooks.blogspot.com/
Tak coś czułam, ze on z nimi ucieknie, ale nie mogłam wymyślić czemu miałby to zrobić. Nie przewidziałabym tej akacji, świetne, czuć że wszystko przyspieszyło. I daj więcej tych dwóch, bo jestem ich ciekawa :) Nie mogę się doczekać następnego rozdziału, więc pisz, pisz :)
OdpowiedzUsuńSuper piszesz! Naprawde fajnie, lubię tą Amande i wgl. Ale trochę glupio że czesto klną. Szkoda mi tego kociaka, moglby z nimi pojechav
OdpowiedzUsuńWow! Wciągnęłam sie! :D Musze uczyc sie fizyki, a siedze i czytam Twojego bloga... :\ :)
OdpowiedzUsuń