03 kwietnia 2013

ROZDZIAŁ ÓSMY

Okej, wiem, że już nie mogliście doczekać się jakieś akcji. Boże, Wy sobie nie wyobrażacie jak pojarany jestem, że napisałem ten rozdział. Siedzę i przeżywam normalnie wszystko z Adamem i Amandą. Nawet nie wiecie jakie to dziwnie uczucie. Cały strach i stres z bohatera przeszedł na mnie... nie wiem, dziwne to było. Nie sprawdzałem tekstu... na 100 % będą błędy, ale chuj xD Czytajcie i ja pierdole komentujcie prrroszę, bo ja kocham wasze komentarze...! Mam nadzieję, że się podoba... O.O Ok, nie przedłużam... The Show Must Go On... xD


           




           Tego dnia spóźniłem się do szkoły i to sporo. Nie wiem, nie wiem czemu. Budzik zadzwonił, ale ja go wyłączyłem, zadzwonił ponownie, a ja nim rzuciłem, a telefon rozwalił się na trzy części. Wstałem pół godziny później, ale wcale specjalnie nie zacząłem spieszyć się z tego powodu. Wykonałem wszystkie normalne czynności, które zazwyczaj wykonuję, w normalnym czasie, bez żadnego zbędnego pośpiechu, bo po co? 
            Byłem w dziwnym dołku. Nie chciało mi się robić kompletnie nic. Z początku naszła mnie nawet myśl, by w ogóle nie iść nigdzie i tylko siedzieć w domu i przeglądać durne strony żeby się po prostu odstresować.
            Wstałem jednak powoli z łóżka i poprawiłem czarne, porozchodzone na wszystkie świata strony i w jeszcze inne kierunki włosy. Twarz miałem zmęczoną, całą noc bowiem myślałem nad wszystkim i nad niczym, nad Amandą, Patrickiem i Natanem, nad tym co ich spotkało i co musieli w tedy czuć. Nie wiem czemu, ale teraz martwiło mnie to bardziej niż fakt, że chcą wkrótce przekroczyć granicę. Przynajmniej wiedziałem, kiedy zamierzają to zrobić. Mimo to, ani razu nie przyszło mi do głowy, by ich odwodzić od tego poronionego pomysłu.
            Spakowałem, się. Kiedy wychodziłem z domu, byłem na sto procent pewien, że czegoś zapomniałem, czegoś ważnego, w głębi siebie wiedziałem nawet czego, ale byłem tak bardzo zdemotywowany do czegokolwiek, ze najzwyczajniej w świecie to zignorowałem i nie wróciłem się do domu, kiedy byłem jeszcze blisko.
            Padał jeszcze późno wiosenny deszcz. Zima jeszcze nie przyszła, ale lada moment przyjdzie i skuje całe Saint Adams lodem i zasypie śniegiem. Było zimno i wietrznie. Z początku łagodny deszcz, mżawka, później przerodził się w nacinającą akurat w moją stronę ulewę. Kiedy doszedłem do szkoły, byłem cały mokry. Później okazało się, że spóźniłem się ponad dwadzieścia minut na jakiś duży i ważny sprawdzian, który szybko napisałem w czasie, jaki mi pozostał.
            Amanda znów siedziała pod ścianą przy sali lekcyjnej, zaraz po zakończeniu pierwszej lekcji. Płakała. Natychmiast do niej podszedłem i zapytałem o co chodzi.
            -Amanda, co jest? – spytałem pospiesznie.
            Ona dalej płakała, a potem zaczęła płakać jeszcze mocniej. Próbowałem dojść do niej, objąłem ją tak jak kilka dni wcześniej na murku przed szkołą.
            -Amanda, powiedz mi, co się stało. Coś z ojcem?
            Pokręciła głową, że nie i jeszcze bardziej się rozpłakała.
            -Więc co?
            -O… o… on z…zabrał teczkę. – powiedziała. –Zabrał… teczkę ze wszystkim. Teraz w…wszyscy się dowiedzą. Adam… oni się dowiedzą… ojciec mnie za… on mnie zabije… zo… zobaczysz.
            Nie wiedziałem co powiedzieć i co robić. Teraz Amanda i cała ta trójka była naprawdę w prawdziwych tarapatach. Destin Pitorie należało do szkół, w których kiedy ktoś dowiedział się o takich planach, był wyrzucany, a sprawa trafiała do sądu w Saint Adams. Planowanie i namawianie do przekroczenia granicy było karalne. Nie mówiąc już o próbach i nie powiadomieniu władz, kiedy coś się wie.
            -Amanda, kto zabrał ci teczkę? – spytałem.
            -N… nie wiem… - mówiła przez łzy. –Jakiś chłopak…
            Zastanowiłem się chwilę.
            -Jak wyglądał?
            Amanda chwilę nie odpowiadała, płakała gorzej niż wtedy na murku.
            -W… wysoki, w… włosy kolo… koloru ciemny blond… chyba zielone oczy… t… taki dres pierdolony. Złapał mnie w łazience, zabrał t… torbę, wyjął teczkę i u…uciekł. Adam błagam cię zrób coś, bo nie wytrzymam zaraz.
            Wiedziałem, kto zabrał jej teczkę.
            -Amanda poczekaj tu chwilę, zaraz wrócę z twoją teczką.
            Zostawiłem ją przy sali. Spojrzałem na zegarek, miałem jeszcze osiem minut przerwy.
            Szybko przemknąłem przez korytarz na parterze i zaraz znalazłem się przy gablocie z planami lekcji wszystkich klas. Przejechałem palcem przy kolumnie z klasą IC i sprawdziłem, gdzie mają lekcje – piętro trzecie. Nic się nie zastanawiając pobiegłem po schodach na górę, nie chcąc stracić zbyt dużo czasu. Po chwili znalazłem się na trzecim piętrze. Drzwi męskiej toalety akurat otwierały się, a z nich wychodził owy chłopak z teczką.
            Nie zastanawiając się dłużej wepchnąłem go z powrotem do toalety i zamknąłem za nami drzwi. W środku na szczęście nie było nikogo oprócz nas.
            -Pogrzało cię! – krzyknął.
            -Oddawaj teczkę Denverclub! – warknąłem.
            Uśmiechnął się parszywie.
            -O to ci chodzi? – zapytał wrednie, machając teczką.
            -Tak, o to mi chodzi. Oddawaj, bo to nie twoje, gnoju parszywy. Ukradłeś to Amandzie! – powiedziałem, a ręce powoli zaczęły mi się trząść. Nie myślałem trzeźwo, nie wiedziałem co zrobię.
            -Facet! Ty nawet nie wiesz jak bardzo ten kawałek papieru mi się przyda! Jesteście udupieni we czwórkę, rozumiesz?! – zaśmiał się. –Nie ma cię w tej szkole Hamberton, nie ma ciebie, tej całej Amandy i tych dwóch gnoi.
            Teraz miał nas w garści. Nawet jeśli odzyskałbym w jakiś sposób teczkę, to i tak nas załatwi, bo wszystkim o tym opowie. Nie wiadomo, czy czegoś już z tej teczki nie wyciągnął, a wtedy miałby dowód, bo były tam mapy, notatki i plany. Wszystko.
            -Denverclub, ty kurwo zeszmaciała, oddaj to w tej chwili! – warknąłem i byłem już ostro wkurzony. –Jaki masz interes w tym, że zniszczysz życie Amandzie?!
            -Amandzie? – spytał. –Nie, ona to przy okazji, nie lubię tej idiotki. Na myśli miałem głównie ciebie, bo chyba dobrze wiesz, co grozi za ukrywanie takich rzeczy. Mógłbyś nawet zostać oskarżony o współudział, a wtedy byłoby źle, prawda?
            Zrobiłem się czerwony. Nie widziałem tego, ale czułem, że robię się gorący na twarzy, i że paraliżuje mnie strach.
            -Denverclub, proszę cię! – powiedziałem, ale on pomknął ku mnie, by mnie minąć.
            Zagrodziłem mu drogę ręką, a potem z powrotem odepchnąłem go w stronę okna w męskiej toalecie.
            -Nigdzie nie pójdziesz Denverclub! – warknąłem. –Albo po dobroci oddasz teczkę, albo dostaniesz w zęby tak, że ci najlepszy ortodonta nie pomoże.
            Zaśmiał się.
            -Ty? Ty miałbyś mi wpierdolić? Śmiech na sali.
            Potem wszystko działo się szybko. Niewiele się zastanawiając, moja zaciśnięta już od kilku minut pięść pomknęła w stronę twarzy Denvercluba. Odchylił głowę do tyłu i uderzając głową w posadzkę upadł na ziemię.
            Gorąca fala przeszyła moje ciało. Boże! Myślałem szybko. Denverclub leżał na posadzce męskiej toalety nie ruszając się. Lada chwila ktoś mógł wejść do łazienki. Rozejrzałem się i dech zaparło mi w piersiach, kiedy zobaczyłem wiszącą w rogu pod sufitem kamerę.
            Tam był monitoring!
            Nie myślałem długo. Chwyciłem teczkę i jak poparzony wybiegłem z łazienki niemal potykając się o próg w drzwiach do toalety. Trzęsły mi się ręce, nogi, wszystko mi się trzęsło. Byłem przerażony jak nigdy przedtem. Biegłem. Najszybciej jak tylko mogłem przemierzyłem główny korytarz na trzecim piętrze i zbiegłem po schodach na drugie, a potem pierwsze piętro.
            W szkole było niewiele ludzi, bo była to jeszcze wczesna pora. Mimo to potrąciłem kilka chłopaków i jakąś dziewczynę, niemal skacząc co czwarty schodek i tym samym o mało nie skręcając sobie kostki.
            Dotarłem na parter. Amanda dalej płacząc siedziała przy ścianie klasy, w której przed chwilą mieliśmy lekcje. Na mój widok rozpromieniła się.
            -Nie mamy czasu, idziemy! – niemal wrzasnąłem na nią ciągnąc ją za rękę i wpychając do szatni. Nie było tam nikogo. –Ubieraj się!
            -O co chodzi?! – zapytała zakładając kurtkę.
            Nic nie mówiłem. Najszybciej jak tylko potrafiłem założyłem kurtkę, buty, nawet ich nie sznurując. Byłem przerażony. Strach paraliżował moje ciało tak bardzo, że ledwo się ruszałem. Myślałem, że zemdleję. Przed oczami przelatywało mi tysiące myśli.           
            -Adam!
            -Nie teraz! Ubieraj się i wychodzimy! – wrzasnąłem.           
            Po chwili byliśmy już ubrani. Niepozapinani i z nie do końca zasznurowanymi butami wybiegliśmy ze szkoły, kierując się ścieżką w stronę głównej ulicy na dzielnicy.
            -Adam, mów o co chodzi w tej chwili! – wrzasnęła Amanda zatrzymując się w połowie ścieżki. Ja również się zatrzymałem.  
            Serce waliło mi jak młot. Próbowałem sklecić jakieś zdanie, najprostsze jakie tylko w słowniku można było znaleźć. Nie potrafiłem.
            -A… Amanda musimy uciekać, już teraz, w tej chwili!
            -Dlaczego?!
            -Byłem w męskiej ubikacji, tam był Denverclub z twoją teczką. Chciałem, żeby mi ją oddał, ale on tak parszywie śmiał się ze mnie i z was. Przywaliłem mu, upadł na posadzkę i… Amanda, co ja zrobiłem?! Ja…
            Mina Amandy przybrała bladego koloru. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Była równie przerażona, co ja.
            -A… Adam. Może on tylko stracił przytomność… może…  
            Pokręciłem głową.
            -N… nie wiem, Amanda ja nie wiem! – głos mi się załamywał. Tak okropnie bałem się konsekwencji. – Amanda, on wie o waszym planie. Tam był monitoring… jeśli on nie żyje, to mnie wsadzą, jeśli żyje, to wyda mnie i was i konsekwencje poniesiemy wszyscy. Musimy uciekać. Teraz!
            Zaczęliśmy szybkim krokiem zmierzać główną ulicą w stronę naszych domów. Oboje byliśmy przerażeni do szpiku kości.
            -Adam, dobrze! Uciekniemy dzisiaj! Idź do domu, spakuj najpotrzebniejsze rzeczy, weź trochę jedzenia… nie… weź dużo jedzenia. Weź tyle jedzenia ile się da. Spakuj ubrania, latarki, mapę, wszystkie mapy jakie masz. Weź wszystko, co mogłoby nam się w jakikolwiek sposób przydać.
            Pokiwałem głową, że wiem o co chodzi.
            -Powiadomię Natana i Patricka – powiedziała. –Patrick ma starą babcię w Kojyv’ie i to właśnie tamtędy będziemy uciekać. Wyślemy tam większą cześć rzeczy, żeby nie wzbudzić podejrzeń. Sprawdzę połączenia do Kojyv’u  i natychmiast tam pojedziemy. Pamiętaj, weź wszystko, co tylko najpotrzebniejsze i ruszamy. Nie ma czasu. Podaj mi twój numer i za pół godziny pod pocztą.
            Kiwnąłem ponownie głową, na znak, że zrozumiałem wszystko, co do mnie powiedziała, a było tego cholernie dużo. Najszybciej jak tylko było można wymieniliśmy się numerami telefonów i rozeszliśmy się w nasze strony.
            Szedłem bardzo szybko, prawie biegnąc. Torba co chwila spadała mi z ramienia. Serce waliło mi jak nigdy przedtem, nogi miałem jak z waty, kręciło mi się w głowie. Szybko przeszedłem jedną ulicę, skręciłem w drugą i za chwile byłem już na Yates Drive 14. Pospiesznie, prawie wybijając sobie zęby na schodach wbiegłem po nich na pierwsze piętro i wyciągnąłem klucze by otworzyć drzwi do mieszkania. Trwało to wieki. Pospiesznie szukałem właściwego klucza, by otworzyć drzwi, a gdy już go znalazłem, nie potrafiłem trafić do zamka.
            Kiedy po ciężkich próbach opanowania trzęsącej się ręki w końcu otworzyłem drzwi, jak oszalały wpadłem do mieszkania. Zamknąłem za sobą drzwi i wpadłem do mojego pokoju, gdzie na łóżku siedział Eduardo. Poszperałem szybko pod łóżkiem, gdzie znajdowały się różne rupiecie i, o ile pamiętam, duża torba na wycieczki. Po chwili znalazłem ją i położyłem na łóżku. Spojrzałem na zegarek, było wpół do dziesiątej.
            Usiadłem na łóżku i utopiłem twarz w dłoniach. Czułem się bezradny, zestresowany jak jeszcze nigdy przedtem i szalenie przerażony. Boże, a jeśli ja go zabiłem, święty Boże, muszę uciekać, bo mnie zamkną. Wszyscy się dowiedzą, nie, oszaleję, nie.
            Nie mogłem tak siedzieć, bo miałem ochotę się pociąć. Wstałem i powyciągałem z szafki kilka ubrań, które mogły mi się przydać – kilka koszulek, ciepłą bluzę, spodnie, jakieś dresy, rękawiczki, czapkę i kalesony. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach, myślał szybciej niż komputer.
            Potem pomknąłem do kuchni. Otworzyłem szafkę i wyciągnąłem z niej dużą reklamówkę na jedzenie, a potem otworzyłem lodówkę. Wyciągnąłem wszystko co się da, jakiś jogurt, wędlinę, ser, kawałek ciasta z jabłkami i jakąś sałatkę w pudełku. Z szafki wyjąłem połowę chleba, który został z wczoraj wieczoru, kilka bułek i do połowy pełną paczkę z płatkami.
            Więcej nie miałem pomysłu co wziąć, więc zawinąłem folię i wrzuciłem ją do torby wycieczkowej. Potem pobiegłem do pokoju, wziąłem latarkę, baterie, które nawet nie wiedziałem, czy działają, paczkę zapałek, ładowarkę do telefonu i słuchawki. Pieniądze, potrzebne były mi jeszcze pieniądze, więc szybko pobiegłem do mojego pokoju po kartę do bankomatu, na której miałem około trzech stów. Myślałem, by wypłacić je koło poczty.
            Pod koniec nie wiele myśląc wyrwałem niefortunnie kartkę z zeszytu i chwyciłem pierwszy lepszy długopis. Chciałem napisać list do rodziców, bo nie widziało mi się, tak po prostu opuszczać domu i uciekać do lasu bez poinformowania ich o wszystkim. Drżącą ręką i krzywym pismem napisałem, że przepraszam, że mi przykro, że ich kocham i żeby zaopiekowali się Eduardo. Popłakałem się. Dopisałem, że zrobiłem coś złego i muszę uciekać, bo nie widzę innego wyjścia. Jeszcze kilka razy dopisałem, że bardzo ich kocham i położyłem kartkę na stole w dużym pokoju.
            Jedyne co zrobiłem, jeszcze nie opuściwszy domu, to ucałowałem i przytuliłem Eduardo, którego przez pierwsze kilka sekund miałem ochotę zabrać ze sobą, ale rozmyśliłem się. Nie chciałem by cierpiał lub by stało mu się coś złego, jeśli coś takiego ma się stać.
            Jeszcze raz spojrzałem na mieszkanie, potem zamknąłem je i pobiegłem schodami w dół.
           
           

9 komentarzy:

  1. Oskareczku!
    Uwielbiam Cię! *_* Jesteś mistrzem, jeśli chodzi o fabułę! *.* (chyba faceci tak mają ;o)
    Niech Denvercośtamterefere okaże się trupem! *_*
    A Adam niech nosi koszulkę "Killing is my business... and business is good" :D
    Niech Eduardo pójdzie za nim, taki fajny kot *_*
    No i niech im się uda (chociaż dalej nie lubię Amandy, daj wiecej Patricka i tego drugiego)(tak, nie mam i nie będę mieć pamięci do imion, wybacz XD)
    Nie mam weny na komentarz, bo się fatalnie dzisiaj czuję, ale wiedz, że kocham Twoje opowiadanie. <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, zmieniłeś wygląd! Ale wrzuć strony na górę, lepiej tak jest ;)
    I wreszcie trochę większa czcionka! Tamta była za mała, miałam o tym wspomnieć, ale zapomniałam. ;o

    OdpowiedzUsuń
  3. Okej, zapomniałem o kartach... Baj de łej, kolejny rozdział już w drodze :D Pzdr

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale nieeee... tak jest ładniej, fajniej... xD Nie zmieniam tego xD

    OdpowiedzUsuń
  5. Uwielbiam! :D Swietne opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetnie piszesz ;) Chętnie będę czytać dalej *.*
    Obserwuję.


    ♥ ♥ ♥
    http://mildiebooks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Tak coś czułam, ze on z nimi ucieknie, ale nie mogłam wymyślić czemu miałby to zrobić. Nie przewidziałabym tej akacji, świetne, czuć że wszystko przyspieszyło. I daj więcej tych dwóch, bo jestem ich ciekawa :) Nie mogę się doczekać następnego rozdziału, więc pisz, pisz :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Super piszesz! Naprawde fajnie, lubię tą Amande i wgl. Ale trochę glupio że czesto klną. Szkoda mi tego kociaka, moglby z nimi pojechav

    OdpowiedzUsuń
  9. Wow! Wciągnęłam sie! :D Musze uczyc sie fizyki, a siedze i czytam Twojego bloga... :\ :)

    OdpowiedzUsuń