Spotkaliśmy
się pod pocztą nieco ponad trzy minuty od momentu opuszczenia przeze mnie domu.
Kiedy szedłem torba podróżna zjeżdżała mi z ramion, bo miała głupio zrobione
szelki. To były męki, bo powrzucałem tam pełno ciuchów i żarcia. Ważyło to
chyba z dwadzieścia kilogramów plus wbijający mi się w plecy zasilacz od
ładowarki do telefonu. Do przejścia miałem niewiele, ale i tak byłem zdyszany,
jakbym przebiegł z kilka kilometrów.
Kiedy
doszedłem pod budynek poczty, czekała tam już na mnie Amanda z Natanem. Amanda
miała przy sobie tylko niewielką torbę, prawdopodobnie tylko z najważniejszymi
rzeczami. Natan miał plecak, taki mały.
-Cześć
– powiedziałem i podałem Natanowi rękę. Bałem się, bo gadałem z nim pierwszy
raz. Modliłem się, by Amanda wszystko im obu wytłumaczyła i tym samym
oszczędziła nam niepotrzebnych kłótni.
-Witaj
– odpowiedział, również podając mi rękę. Zdziwiło mnie to, bo nawet się
uśmiechnął.
Zdałem
sobie sprawę, że nie ma Patricka. Tak, dopiero teraz. Mózg jeszcze mi nie
wytrzeźwiał.
-Gdzie…
Patrick? – spytałem.
-Poszedł
na pocztę wysłać nasze torby do Kojyv’u – powiedział Natan. –Mam nadzieję, że
Amanda zapoznała cię z planem wyprawy. Daj, wezmę i twoją torbę, to ją też
wyślemy. Wyjmij z niej to co potrzebne ci w pociągu.
Postawiłem
torbę na chodniku, rozsunąłem ją i wyciągnąłem kartę do bankomatu i
legitymację, którą gdzieś tam przypomniało mi się, by wziąć. W sumie w podróży,
tylko tyle było mi potrzebne.
-Dzięki
– powiedziałem, podnosząc torbę i podając ją Natanowi, który nieznacznie ugiął
się chyba pod jej ciężarem.
Kiedy
Natan z trudem wgramolił się do budynku poczty, trzymając w obu rękach moją
torbę, zostaliśmy tylko ja i Amanda.
-Trzymasz
się jakoś? – zapytała śmiało.
Pokiwałem
głową, że tak, co bardzo mijało się z prawdą. Nadal byłem cholernie
zdenerwowany i wystraszony. Mógłbym powiedzieć, że teraz nie boję się o
Denverclub’a i możliwość, że go zabiłem, tylko to, czy zdążymy wsiąść do
pociągu i na czas dojechać do Kojyv’u. Im dłużej czekaliśmy przy poczcie, tym
we mnie wzbierało się coraz więcej strachu, że ktoś nas zobaczy, że już policja
przeczesuje osiedle, by mnie znaleźć. Bałem się, że może zadzwonili już do
moich rodziców.
-Mamy
pociąg za dziesięć minut – rzekła Amanda, chcąc zapewne przerwać ciszę.
Przez
chwilę znowu zalała mnie fala strachu, że nie zdążymy, lecz przypomniałem
sobie, gdzie tak naprawdę była stacja kolejowa. Stała ona zaledwie kilka
budynków od poczty i bardzo szybko można było się do niej dostać. Była mała i
nie mogliśmy się tam zgubić.
Zacząłem
martwic się o najdrobniejsze szczegóły.
Czekaliśmy
jeszcze przez cztery minuty. Wiedziałem, bo co chwila spoglądałem na godzinę w
telefonie. Popadałem w paranoję.
-Chodźcie!
– powiedział Patrick, wychodząc wraz z Natanem. –Cześć Adam – powiedział, kiedy
mnie zobaczył.
-Cześć
– odparłem.
Przez
całą drogę Amanda, Patrick i Natan rozmawiali o planie podróży. Chcieli, by
wszystko było dopracowane i dopięte na ostatni guzik. Ja byłem zdenerwowany, a
oni rozluźnieni. Podśmiewywali się i cieszyli, jakby jechali na jakąś wycieczkę
szkolną, czy coś. Ja tak nie umiałem, nie potrafiłem cieszyć się z tego, co
ostatnio się zdarzyło. Za chwilę mogło się okazać, że zabiłem człowieka, albo
zrobiłem z niego kalekę, więc nie miałem nawet z czego się cieszyć. Opuściłem
dom, Eduardo, rodziców, życie, plany na przyszłość. Przez ułamek sekundy nawet
zastanawiałem się, czy nie warto by było po prostu do wszystkiego się przyznać
i za jakiś rok mieć wszystko z głowy. Myśl ta była jednak tylko przelotna,
zaraz zniknęła i ustąpiła miejsca obawom.
Nie
minęło nawet dwie minuty, kiedy staliśmy już na peronie pierwszym, z którego
odjechać miał nasz pociąg do Kojyv’u. Podróż, z tego co mówił rozkład jazdy,
miała trwać około czterech i pół godziny, bo nie jechaliśmy szybkimi, tylko
normalnymi kolejami. Bilet i tak drogo nas wyszedł, bo po sześć dych na osobę.
Płaciła za mnie Amanda, bo zapomniałem wypłacić pieniędzy.
-Adam,
nie denerwuj się – powiedziała Amanda, lekko się uśmiechając. –Wszystko będzie
okej. Za niedługo będziemy w Kojyv’ie. U babci Patricka jest bezpiecznie, nikt
nas tam nie znajdzie. Przenocujemy tam, bo jeśli wyruszylibyśmy dzisiaj, to
poza granicą zastała by nas noc. Patrick uważa, że to niepotrzebne, bo w lesie
i tak najprawdopodobniej jest straszliwie ciemno.
Potrząsnąłem
głową, na znak, że zrozumiałem.
-Nikt
z jego rodziny nie będzie go tam szukał? – spytałem nagle.
Pokręciła
głową. Spojrzała w stronę Patricka, który kawałek dalej rozmawiał z Natanem.
-Jego
nie będą szukać, bo go nienawidzą – powiedziała smutnym głosem. –Czasami jest
mi go naprawdę żal, bo być tak znienawidzonym za homoseksualizm, to dla mnie
nie ludzkie. To są jego rodzice… nie powinni tak robić, powinni go kochać
takim, jaki jest. Naprawdę, czasem mam ochotę się popłakać, kiedy przypominam
sobie jego historię.
Przytaknąłem
jej.
-Ja
w sumie nie wiem, jak on odważył się na tak poważny krok. Mieć tyle odwagi –
powiedziałem. –Ja bym się nigdy nie przyznał, bałbym się.
-Tak.
Ale on jest dzielny, zawsze go podziwiałam i lubiłam, widziałam w nim przyjaciela.
Naprawdę potrafił się przede mną otworzyć.
Zastanowiłem
się przez chwilę.
-Amanda?
– spytałem.
Spojrzała
na mnie pytającym wzrokiem.
-Bo,
powiedziałaś, że ja jedyny wiem to tym, co ci się przytrafiło… - powiedziałem
ściszając głos. –Co powiedziałaś Natanowi i Patrickowi?
Westchnęła.
Widać było, że to dla niej naprawdę trudne. Zastanowiła się chwilę.
-Nie
wiem, co jest w tobie takiego, że było mi łatwiej otworzyć się przed tobą, niż
przed nimi. Dziwne, bo ich znam kilka lat, ciebie kilka miesięcy. To głupie.
Oni cały czas myślą, że po prostu ostro powadziłam się z ojcem i tylko mnie
walnął.
Po
chwili na peron podjechał pociąg. Czterowagonowy, z długim czerwonym paskiem na
całej długości, z napisem „Kojyv”. Przez chwilę piszczał, zatrzymując się, po
czym stanął i zaczęli z niego wychodzić ludzie. Do Saint Adams zawsze dużo osób
się zjeżdżało.
Pospiesznie
wsiedliśmy do drugiego wagonu od lokomotywy, bo tam też znajdowały się nasze
miejscówki. Przeszliśmy przez korytarz szerokości ledwie metra i wsiedliśmy do
przedziału, zasłaniając wszystkie możliwe okna zasłonami i roletami.
Odetchnąłem
z ulgą i część moich obaw i całego tego lęku opadła. Siedziałem spokojnie w
przedziale. Teraz modliłem się tylko, by pociąg odjechał.
Amanda
wyjrzała przez drzwi na korytarz.
-Okej,
jest pusto – rzekła. –Wyciągnijmy teczkę i zapoznajmy Adama z planem, żeby nie
nawalił.
Po
tych słowach Amanda wyciągnęła z torby teczkę, otworzyła ją i pokazała mapę
okolic Kojyv’u, tamtejszych zabudowań. Wiele było tam pokreślone długopisem,
jakieś strzałki, wykrzykniki i podpisy. Na południowy wschód od miasta
rozciągała się czarna linia, za którą widać było tylko szary obszar.
-Spójrz!
– powiedziała, pokazując palcem na mapie. –Będziemy szli tędy. Jest tam jakaś
polna dróżka. Nie możemy iść głównymi ulicami, bo czwórka nastolatków z
plecakami idący w stronę granic nie ma prawa nie wzbudzić podejrzeń. Wybraliśmy
możliwie najbezpieczniejszą drogę, ale i tak jesteśmy zmuszeni przejść ledwie
kilometr od małej wioski granicznej. Są tam pola kukurydzy, więc właśnie przez
nie będziemy szli. Potem jeziorko, nad którym postawiono osadę i most, który
jest chroniony. Obejdziemy więc jezioro dookoła, co nas opóźni, ale zmniejszy
ryzyko wpadki. Potem znowu są pola kukurydzy, a przy samej granicy piaszczysta
droga, którą jeżdżą samochody wojskowe. Ich nie da się ominąć, więc będziemy
musieli trafić na okazję, kiedy będzie jakaś przerwa, czy coś. – wytłumaczyła,
wszystko pokazując po kolei na mapie.
-Ile
to jest mniej więcej drogi? – zapytałem. –Od Kojyv’u do granicy?
-Już
to liczyliśmy. – powiedziała. –Tereny zabudowane przejdziemy w godzinę, jeśli
się naprawdę zmobilizujemy. Potem masz pola, ale to nam zajmie ze dwie godziny,
bo jest ich naprawdę dużo. Potem jezioro, jakieś dwadzieścia minut, kolejne
pole kukurydziane, jakieś pół godziny i jesteśmy na miejscu. Łącznie mamy do
przejścia dwadzieścia siedem kilometrów, bo wyruszamy z obrzeży miasta. To
okropnie dużo, ale musimy zdążyć w cztery godziny. Postoje będą, ale naprawdę
bardzo krótkie, bo przy długich postojach naprawdę łatwo będzie nas wywęszyć.
Musimy wciąż się ruszać. – powiedziała. –A, i jeszcze jedno. Mamy dokładny
plan, o której godzinie jesteśmy w którym miejscu, więc musimy być punktualni.
Co do minuty. Wyruszamy o szóstej i o dziewiątej pięćdziesiąt, najpóźniej do
dziesiątej przekraczamy granicę. – dodała.
Pokiwałem
głową, że rozumiem. Chwilę jeszcze się zastanowiłem i powtórzyłem w głowie cały
plan, który przed chwilą pokazała mi Amanda. Dopatrywałem się jakiejś luki, by
na coś zwrócić uwagę, być trochę potrzebniejszym, ale plan był jednak, jak na
mój gust, zbudowany idealnie. Musieli naprawdę długo to planować. Przypuszczam,
że wielu szczegółów mi nie pokazali, bo chyba nie było to potrzebne. Wszystko
pokazywała na jednej mapie, a kartek było chyba z dwadzieścia. Nie dopytywałem
się jednak. Byłem zmęczony.
*
Po niecałej godzinie, drzwi
przedziału z hukiem otworzyły się, a do środka wparował konduktor w granatowym
garniturze i czapce.
-Dzień dobry, bilety proszę.
Amanda podała konduktorowi wszystkie
nasze bilety. Ten dokładnie je sprawdził, potem jeszcze nasze legitymacje
i spytał:
-Po co jedziecie do Kojyv’u?
Zalał mnie strach. Zacząłem szybko
szukać w głowie odpowiedzi, ale nic nie przyszło mi do głowy. Bałem się.
-Jesteśmy uczniami Destin Pitorie, w
Saint Adams. Zostaliśmy wysłani na warsztaty w Foue Diegrre do Kojyv’u na
coroczne zajęcia z odpowiedzialności i nauki o granicach kraju, lesie i prawa
Paziladzkiego. Proszę, oto dokument. – powiedziała Amanda, wręczając
konduktorowi poskładaną kartkę. Co ona wymyśliła?
Konduktor przestudiował wręczoną mu
przez Amandę kartkę, potem jeszcze raz i jeszcze raz. Potem oddał ją Amandzie z
powrotem i wyszedł, żegnając się.
-Amanda, co ty mu dałaś? – spytałem
zaciekawiony.
Natan i Patrick zaśmiali się.
-To był pomysł Patricka – powiedział
Natan - w Kojyv’ie co roku są organizowane jakieś tam warsztaty z wiedzy o
lesie, granicach, i tym, że nie wolno ich przekraczać. Amanda skleciła na
komputerze pisemko, ukradła pieczątkę z Destin Pitorie i gotowe.
Pokręciłem głową.
-Wy jesteście kurwa genialni –
powiedziałem z uśmiechem. Byłem pod wrażeniem. Naprawdę dobrze to zaplanowali.
Przez resztę podróży rozmawialiśmy
trochę, śmiejąc się i żartując. Nie powiem, ale zadziałało to na mnie bardzo
rozluźniająco. Natan i Patrick okazali się być zajebistymi ludźmi, zupełnie
innymi, za jakich miałem ich na początku, zanim z nimi porozmawiałem. Nie wiem
czemu, ale dziwnie niesłusznie ich oceniłem. Zawsze starałem się nie robić
tego, kiedy jakiejś osoby nie znałem, bo nie było w tym najmniejszego sensu.
Amanda zaś zwróciła moją uwagę na samym początku. Odkąd ją zobaczyłem,
wiedziałem, że musi być niesamowitą osobą, ale nigdy nie przypuszczałbym, że aż
z takimi problemami.
Za niedługo byliśmy już w Kojyv’ie.
Pociąg zatrzymał się z piskiem, a my wyszliśmy na peron główny. Był
niesamowicie zatłoczony. Pełno było tu ludzi, biznesmanów, podróżników i
kompletnie nie zaliczających się do żadnej grupy ludzi. Co chwilę dało się
usłyszeć komunikaty o opóźnieniach pociągów, lub o tym, że właśnie któryś z
nich jest podstawiany.
-Za mną – powiedział Patrick,
wychodząc na początek grupy i zaczynając nas prowadzić.
Idąc za nim przeszliśmy jakieś
schody, potem długi, jeszcze bardziej zatłoczony deptak na dworcu. Było tam
dużo budek z szybkim jedzeniem, kioski, sklepy z ubraniami, gazetami i kilka
kafejek internetowych, z których można było korzystać. Przeszliśmy deptak i
chcąc wyjść z dworca, skierowaliśmy się w stronę głównego wyjścia.
-Stać! – powiedział wysoki, gruby
mężczyzna, który prawdopodobnie był ochroniarzem, czy coś w ten deseń.
-Coś się stało? – spytał Patrick.
Mężczyzna uważnie przyjrzał się nam,
mierząc nas wzrokiem od stóp do głów.
-Gdzie idziecie? – zapytał.
Patrick na chwilę odwrócił się do
nas.
-My… my idziemy do Foue Diegrre.
Zostaliśmy tam wysłani na warsztaty.
-Tak… - odpowiedział kpiąco. –A ja
jestem Lady Gaga.
Patrick zaśmiał się. Nie wiem jak
mógł być tak rozluźniony, skoro byliśmy w kłopotach.
-Proszę… - powiedział, biorąc od
Amandy podrobiony dokument. -…oto dowód, że jesteśmy tu legalnie i niczego nie
planujemy.
Mężczyzna koło pięćdziesiątki wziął
kartkę od Patricka i zaczął ją czytać. Tak jak konduktor w pociągu, czytał ją
kilka razy.
-Macie numer do tej szkoły? –
zapytał nagle.
-Yyy… my… nie… to znaczy, nie, nie
mamy, ale może nam pan wierzyć. Idziemy na warsztaty. Naprawdę. – powiedział
Patrick, zwrócił się do Amandy. –Amanda mówiłem ci, żeby zapytać panią o numer.
Pan nam nie wierzy i zaraz się spóźnimy. Za pół godziny zaczynają się
warsztaty.
Amanda spojrzała na niego.
-T… tak. Boże, zapomniałam na
śmierć. Proszę pana, proszę nam uwierzyć. To są naprawdę poważne warsztaty,
które bardzo nam pomogą w szkole. To nasza ogromna szansa. – powiedziała
błagalnym tonem.
Byłem przerażony. Starałem się to
ukryć, ale widać było, że tego Amanda nie przewidziała i byliśmy w prawdziwych
tarapatach. Matko Boska, złapią nas.
Mężczyzna chwilę zastanowił się.
-No nie wiem. – powiedział, patrząc
na nas.
-Bardzo prosimy – powiedział Natan.
–Musieliśmy bardzo starać się o tą szansę, a jeśli teraz nie będziemy mogli tam
pojechać, to kaplica. Co pan myśli, że co my jesteśmy, uciekinierzy? Jak pan
może?
-No dobra, ale następnym razem macie
pilnować, żeby wszystko było okej, bo nie będzie ulg. To jest Kojyv,
powinniście pomyśleć, że tu są kontrolę. Macie ogromne szczęście i mam
nadzieję, że niczego nie knujecie, smarkacze. – rzekł mężczyzna.
-Serdecznie panu dziękujemy –
odezwał się Patrick. –Naprawdę, jest pan wspaniałym człowiekiem. Bóg panu w
dzieciach wynagrodzi. Chodźcie, idziemy, zaraz mamy autobus.
-Tak, dziękujemy bardzo – powtórzyła
Amanda, uśmiechając się szeroko do ochroniarza.
Spokojnie, żeby nie zwracać na
siebie uwagi wyszliśmy z dworca. Przeszliśmy jeszcze kilkanaście metrów, by
dostatecznie oddalić się od drzwi i dopiero wtedy mogliśmy coś powiedzieć.
-Ja pierdolę – zaklęła Amanda. –Tego
nie przewidziałam. Jeden błąd, a mogliśmy wpaść na amen.
-Okej, jakoś daliśmy sobie radę.
Jest dobrze. – powiedział Patrick. –Pytanie tylko, gdzie jeszcze takie kontrole
mogą być. Musimy obmyślić w nocy jeszcze jakieś super wiarygodne wytłumaczenia.
Potem wsiedliśmy do autobusu, który
na przystanku stał już jakiś czas i pojechaliśmy na obrzeża Kojyv’u, gdzie
mieszkała babcia Patricka.
Matko, Oskar... PRZECZYTAŁAM. <3
OdpowiedzUsuńSkomentuję jutro, bo jak zwykle źle się czuję, wybacz ;c
Wiedz, że się podobało ;)
Nie krzycz! Wiem, miało być wczoraj ;_;
UsuńAle wczoraj robiłam 41 zadań z fizyki (♥) i próbowałam ogarnąć chemię (nie wyszło XD)
Jestem jednak dzisiaj i wię wypowiem (a co, wolno mi!)
Kurde! Co to za dzikie akcje beze mnie?! ;o KOCHAM TO! <3 (to nic, że beze mnie XD)
W DALSZYM CIĄGU NIE LUBIĘ AMANDY. TO SIĘ CHYBA NIE ZMIENI XD
Strażnik jaki cwaniaczek (MILICJANT XD), kurde, przemyślał sobie.
PFF I TAK IM SIĘ UDA! WIEM TO, WIERZĘ W NICH! <3
Nie umiem przeczytać nazwy, jestem głupia XD
ALE MNIEJSZA Z TYM, KTO BY SIĘ PRZEJMOWAŁ? XD
Nie wiem gdzie jest taka młodzież, której zależy AŻ TAK na edukacji, ale gdyby mi grupa nastolatków powiedziała, że idą na warsztaty, bo to im pomoże w szkole i to dla nich ogromna szansa to bym padła XD (to prze moją klasę, gdzie przy średniej 4.0 ma się opinię kujona XD)
Za dużo XD w tym komentarzu XD (ZNOWU XD) Nie panuję nad tym.
Bardzo mi się podoba i czekam na nowy! :D
Wiesz co, ja to chyba muszę ci podziękowac, bo chyba tylko ty jedyna jesteś taką mega fest czytaczką tego bloga ^^ Tak mi się przynajmniej wydaje... Dlatego wielkie dzięki za komentarze i bycie tu przez cały czas ;) Dzięki, bo zależy mi na obiektywnych komentarzach... Mam nadzieję, że dalej będzie ci się podobało :D
OdpowiedzUsuńFANKA NAMBER JEDEN ŁUŁUŁUŁUŁU!!! Pisz na nowy, a nie jakieś podziękowania XD
UsuńOskarku! :D <3
Jeny wchodzę ty o jakiś czas a czeka na mnie więcej niż jeden rozdział. Nie wiem jak ty to robisz że piszesz w takim tempie i dobrze bo umierałabym z iekawości gdybym musiałą czekać na przykłąd miesiąc na nowy rozdział. Tak zdążyłam sie wciągnąć w całąopowieść że mnie już nie wyżuisz z tego bloga ;p Dobra sama wolę bardziej szzegułowe komętarze ni "podobało mi się" więc pomiem że super ciekawa fabuła; opisy takie jak trzeba; i jak zwykle odczuia głównego bohatera tak opisane że można z łatwością przeżywać razem z nim :)
OdpowiedzUsuńsuper ! czytam dalej.
OdpowiedzUsuń